wtorek, 6 grudnia 2011

Kilka spraw organizacyjnych

Jako że recenzja, którą możecie przeczytać niżej ukazała się również... gdzie indziej, a potem nawet na oficjalnym fanpage'u na fb artysty, którego owa recenzja dotyczy uznałem, że jest to dobry moment, by zakończyć te moje tegoroczne pojebaństwo/recenzeństwo z polskimi płytami. Naprawdę, patrząc na ilość premier grudniowych (a przede wszystkim ich potencjalną jakość) można się za głowę złapać. Polski rap wygrał ze mną, aż tylu niewartych przesłuchania płyt przesłuchiwać, a jeszcze w dodatku recenzować nie dam rady po prostu. Recka płytki wydanej w moje urodziny akurat nadaje się na tę ostatnią. Tutaj. Poza tym, musi być zaskoczenie jakieś, jak będziecie wszystko wiedzieć, co jaką ocenę dostało, to jaka potem frajda podsumowanie roku czytać...

No właśnie, skoro już jesteśmy przy podsumowaniu roku. Nie dostałem co prawda setek pytań co do niego, czy będzie, kiedy i jak będzie wyglądało, ale co mi tam, i tak powiem parę słów. A zatem:

- Na 99 procent będzie ono w takiej formie, w jakiej już sobie wymyśliłem, że będzie (eee wszystko jasne, prawda?).

- Nie będzie to jednakże taka forma, jak rok temu, że TOP10 plus wyróżnienia (z TOP10 najgorszych rezygnuję). Będzie tego o wiele więcej, jako że 2011 rokiem urodzajnym w porządne produkcje był.

- Nie będzie to też w 100% autorska forma podsumowania, a podpatrzona trochę u innego, lepszego bloggera. Sama forma jedynie, bo zakres obejmujący owe podsumowanie będzie rzecz jasna inny - polskie rapsy onli. No, już jaśniej nie dałem rady, kto bacznie obserwuje blogi, ten już powinien wiedzieć o co cho.

A co po podsumowaniach? Nowy rok. Na pewno nie zamierzam już tak spamować tymi recenzjami, co to, to nie. Posłużyło to na pewno jakiemuś tam wyrobieniu się w pisaniu, ale trzeba też wyrabiać się na inne sposoby. Poczytać książek, postudiować, podszkolić się w angielskim. Chociaż z tymi założeniami nie będę lepiej szalał, bo gdy przypominam sobie swoje postanowienia noworoczne (które zresztą mogliście tu przeczytać), to... no beka po prostu. Ale trzeba się rozwijać. North i Nowak wchłonięci w popkillera, Lite realizuje się na myband.pl, a ja... Chyba coraz poważniej zaczynam działać w andegrand.pl. Trzy wywiady (różny ich poziom, no ale pierwsze koty za płoty), a przede wszystkim niedawna recenzja zwiastują, że zaczyna się coś dziać. W planach jest już kolejny wywiad, zapowiadający się zdecydowanie poważniej, niż poprzednie. Ale póki konkretów nie ma, to i nie ma co mówić więcej. Na pewno mogę powiedzieć, że będzie się działo. A przynajmniej takie mam nadzieje, uzasadnione bynajmniej. A co do bloga... Na pewno się zmieni. Nie wiem jeszcze na ile, ale zmieni się na pewno. Hm, myślę, że to by było na tyle. Pjona.

niedziela, 4 grudnia 2011

Sobota - Gorączka Sobotniej Nocy


Jeśli ktoś miałby ochotę pobawić się kiedyś w potraktowanie polskich raperów jako poetów (ja może kiedyś napiszę sobie coś takiego, a czemu nie) i omawiać ich twórczości używając terminów, jakich uczyło się na języku polskim - przeróżnych nurtów, prądów literackich, to na pewno Sobotę trzeba by podpisać pod pojęcia: epikureizm, hedonizm, libertynizm. Z tego względu nie trzeba go lubić, ale z drugiej strony - jakżeż go nie lubić?

Najlepsze jest to, że na swojej najnowszej płycie raper z gracją ominął przeszkody, jakie mógł ewentualnie napotkać na drodze do stworzenia udanego dzieła - mowa rzecz jasna o polu tematycznym i tekstowym. Doskonale odbija zarzuty co do braku przekazu w swoich kawałkach (gościnnie Tede - jedna z najlepszych kooperacji tego roku) i celnie punktuje oponentów, bardzo dosadnie obwieszcza swą niezależność artystyczną i co nie tylko ("weź ty i ty, chodź zabroń mi!"), a i nawet uwielbiane przez raperów moralizatorstwo uchodzi mu na sucho - zaznaczyć trzeba, że tezy typu "nic samo się nie zrobi" rozwijane w sposób taki, że "szmula sama się nie wyliże, a jazz sam się nie spali" są o wiele ciekawsze, niż uniwersalne prawdy Dioxa na "Logice Gry". Z kolei w takim "Do Góry Łeb", czy "Czuję się dobrze" pokazuje, cytując Tetrisa, jak się podnosi na duchu w XXI wieku. Ale ale - w czym najlepiej czuje się Sobociak? Ano w typowo imprezowych jointach - tytułowy numer w klimacie zbliżonym do "Stoprocent 2" może nie będzie aż takim hitem, z kolei niezły storytelling "Numer na życzenie" może i nie jest najlepiej wykonany pod względem technicznym, ale mimo to są to jedne z najmocniejszych pozycji albumu - i w tym właśnie tkwi siła szczecinianina, iż wszelkie czysto kosmetyczne niedociągnięcia puszcza się mimo uszu. Ogólnie tematyka imprez - a jakżeby inaczej - przewija się przez cały album. Sobuś jest wulgarny, może momentami za mocno, ale jego charyzma i doskonałe melodyjne flow załatwiają wszystko. Goście? Dobrze dobrani. Urozmaicają album, a na wyróżnienie zasługuje wspomniany już TDF, Smagalaz ze względu na techniczne popisy oraz, co chyba nie zdziwi nikogo, Pih i Chada za "Bez Odwrotu".

Matheo również nie pozwala o sobie źle mówić. Co prawda nie można powiedzieć, że krążek pozbawiony jest słabszych momentów (tak jak "Sobotaż" liczy sobie ponad 20 tracków), ale takie perełki, jak świetnie wysamplowana Halina Frąckowiak w "Ucieczce", "Szczecin", który można słuchać i słuchać nawet mimo ewentualnych uprzedzeń co do reszty raperów (i raperki) ze Spółdzielni, czy najspokojniejszy z całej tracklisty "Naprzód", a przede wszystkim utrzymywany od początku do końca albumu mocny, mainstreamowy klimat nie udowadnia na temat Matheo nic i nikomu ani w jedną, ani w drugą stronę - po prostu potwierdza jego pozycję jako jednego z najlepszych producentów w Polsce na dany moment.

"Gorączkę Sobotniej Nocy" śmiało można nazwać godnym następcą "Sobotażu". Brak jej może tej mocy, wejścia z buta jak przy debiucie, ale poza tym - nie ustępuje mu w niczym. Połączenie charyzmy Soboty i talentu Matheo ponownie daje nam zbiór bengerów, z którego każdy może wybrać coś dla siebie. Blau!

Ocena: 4/6

sobota, 3 grudnia 2011

Tomasz Andersen - Wbrew Wskazówkom (trzygroszówka)


Plusy:

- jedno z najbardziej nowatorskich dzieł w tym roku
- umiejętnie poprowadzony pomysł na kolaż gatunkowy: science fiction-akcja-thriller-czarna komedia
- futuryzm, surrealizm świata przedstawionego
- oryginalny scenariusz
- gra aktorska
- ... a w szczególności postać Zuli P.
- bajeczne zdjęcia
- no i oczywiście doskonały soundtrack

Minusy:

- wymaga skupienia
- dla niektórych może być zbyt 'zakręcony'
- przekombinowany finał

Tyle moich refleksji a propos najnowszego filmu Roszji, więcej oczywiście u Northa.

Ocena: 5/6

środa, 30 listopada 2011

Europejskie Targi Muzyczne - konferencja na temat kondycji polskiego hip-hopu (Kruku odwiedza Warszawę cz.2)


Polskie media nie byłyby sobą - to jest, polskimi mediami - gdyby choć w najmniejszym stopniu nie potraktowały hip-hopu z ignorancją i po macoszemu. Przekręcenie nazwy albumu Fokusa (choć "Prewersje" aż się proszą, by być "Perwersjami", sprytny jednak ten Wojtek) w notce prasowej, czy nieskonkretyzowany temat dyskusji (w internecie mogliśmy przeczytać, że będzie ona traktowała o tym, co hip-hop mówi o Polsce, podczas gdy na miejscu rozmawialiśmy ogólnie, o aktualnej kondycji tej muzyki) to niby normalka, ale irytować może i tak. Można powiedzieć, że się czepiam, ale mając w pamięci prezenterkę gali Superjedynek, która zapowiada Eldokę recytując wikipedię, czy Odetę Moro-Figurską (którą nawet lubiłem) wykrzykującą "elo Opole" tego obrazu w głowie jakoś nikt nie chce mi zetrzeć. Jeżeli podchodzi się jednak do tematu tak, jak pewien obecny na konferencji dziennikarz Polskiego Radia (do tego jeszcze wrócę), to nie ma co się dziwić. Ale od początku.

Moderatorem dyskusji była dziennikarka Roxy FM Agnieszka Sielańczyk, którą można znać z audycji prowadzonych wspólnie z Sokołem na antenie tegoż radia. Jej gośćmi (nie MIĘDZY INNYMI, tak jak ktoś napisał na gazeta.pl, tylko po prostu gośćmi, wszystkimi) byli Łona, Andrzej Cała, Ten Typ Mes, Stasiak oraz Radek Miszczak. Pani Agnieszka dała najpierw publiczności (nielicznej bo nielicznej, ale jak na wielkość sali i tak parę osób stało) możliwość nadania kierunku dyskusji, ale jako że zgłosiła się jedynie pewna młoda dama, która znalazła się tam chyba z kosmosu i z jej wypowiedzi nie można było nic konstruktywnego wywlec (no, może poza zareklamowaniem jakiegoś zespołu grającego 'rap filozoficzny', którego nawet chyba nigdzie w sieci nie ma, może Mesowi udało się znaleźć "Rozumu Bękart", czy jakoś tak) prowadząca musiała spełnić swoją rolę. I tak, było o kondycji polskiego hip-hopu - że jest dobrze, mamy wielki boom, ludzie kupują płyty, chodzą na koncerty, no ale że w mediach tego hip-hopu nie ma i żadne radia i telewizje grać go nie chcą.. Obok mało odkrywczych wniosków (bo wiadomo przecież, że tej muzyce w gruncie rzeczy media nie są potrzebne, bez tego radzi on sobie świetnie) można było się jednak dowiedzieć np. czym jest tzw. pejola, czyli "legalne przekupstwo" w rozgłośniach radiowych (płacenie za puszczanie danego kawałka na rotację).

Dużo słów poświęcono Czwórce - że świetna inicjatywa, mnóstwo dobrej muzyki, świetny pomysł z jej wizualizacją (choć nie wg wszystkich, bo Sielana stwierdziła, że dla niej radio to sacrum, którego nie powinno się mieszać z TV), ale tutaj do akcji wkroczył pewien dziennikarz PR, który zaczął nawijać coś o zdejmowaniu z anteny kanału telewizyjnego Czwórki, gdyż jego oglądalność oscyluje wokół 400 osób. Ponadto zarzucił hip-hopowcom, że język w ich tekstach jest... różny, dlatego też polskie stacje nie chcą tych utworów puszczać oraz przyczepił się, że nawet teraz, podczas rozmowy Łona i Mes źle stawiają akcenty w słowach "polityka", "muzyka", używają makaronizmów czy Bóg wie czego jeszcze. Cóż, ktoś by mógł powiedzieć, że była to kompromitacja Łony, który to o poprawnym akcentowaniu rapuje przecież w "To nic nie znaczy" - dla mnie to jednak zwykłe przypierdalanie się o na pewno nie to, co istotne, przy wyraźnej niechęci zauważenia, jak tak naprawdę hip-hopowcy władają językiem polskim (mówiąc oczywiście o tych czołowych przedstawicielach, a nie podziemiu podziemia), a jaki jest rzeczywisty poziom polszczyzny w tekstach piosenek, które radio puszcza chętniej. Po konferencji udało mi się o to zagadnąć Mesa - jako że Eldo pisze piosenki dla Moniki Brodki, a sam Piotrek dla Yugopolis, to chyba o czymś świadczy i czy aby nie obeszli się z nim za łagodnie (jedynie Łona zażartował z "sytułacji w których serce klęka" u Jeden Osiem L.). Odparł mi, że... nie warto się tym przejmować. Może i jest w tym trochę racji, tym niemniej nasunęła mi się jedna rzecz, która podczas rozmowy nie padła, a powinna - to, że taki Abradab nagrywa kawałek z Grzegorzem Markowskim, Eldo i Tede grają w Opolu, a ekipa Prosto na gali Vivy służy temu, by polskie media najzwyczajniej w świecie PRZYZWYCZAIŁY się do hip-hopu jako gatunku muzycznego jak każdy inny, a przestały traktować jako wieczną ciekawostkę przyrodniczą i pretekst do super-śmiesznych żarcików pana Janowskiego o dziwnych gówniarzach w kapturze na łysej pale i szerokich spodniach.

Co zaś padło podczas tegoż dialogu - to, że nie musi być mega popytu na tą muzykę wśród przeciętnych zjadaczy chleba, którzy słuchają radia podczas grania w pracy w pasjansa nie znaczy, że kilku osobom nie wpadłby dany utwór do ucha - w końcu czy to Łona, czy Mes, czy wielu innych, oprócz doskonałej treści w swoich utworach zawierają również całkiem chwytliwe melodie. To, że na festiwal "dni gruszki" na jakimś wypizdowie przyjedzie artysta rapowy, którego będzie znało 7 osób nie znaczy, że spośród widzów nie znajdzie się kolejne 7, które po festiwalu zainteresują się tą muzyką i o to trzeba walczyć wszystkimi możliwymi środkami (choć w tej kwestii akurat poróżnili się Stasiak z Mesem, który nie pojechałby ani na "dni gruszki", ani na Eska Music Awards, zaś Łukasz bardzo chętnie).

Innym tematem, który miał być (?) w zasadzie tematem przewodnim było to, "dlaczego w tekstach rapowych tak mało jest o polityce i Polsce". Z całym szacunkiem i sympatią moją dla pani Agnieszki, ale było to trochę pytanie od czapy. Najlepiej to ujął Andrzej Cała mówiąc, że taki Łona przecież świetnie opisuje Polskę w kawałku o kolejce na poczcie, czy o podróżach polską koleją i to wystarczy. Muzycy hip-hopowi od zawsze traktują o Polsce, o świecie jakim go widzą dookoła siebie, a że nie komentują spraw czysto politycznych, ustrojowych? No jaki by miał sens kawałek o ostatnim expose Donalda Tuska? Pomijając już fakt, że takie kawałki przecież szybko stają się przeterminowane - słowem, temat jak dla mnie nietrafiony, bądź po prostu źle sformułowany.

Tym niemniej, było to ciekawe spotkanie. Łonson i Typ jak zawsze trafnie i dowcipnie, Stasiak też mądrze gadał, zaś panowie Miszczak i Cała dodali od siebie kilka fachowych opinii. Pod koniec dyskusji padło dobre pytanie od pewnej starszej pani. Mianowicie, że "no ja nie jestem słuchaczką hip-hopu, no ale mam dzieci i znajomych, którzy słuchają, no i chciałabym się też dowiedzieć jak to wygląda - wpisuję w wyszukiwarkę hasło, wyskakuje mi coś i nie podoba mi się to - czy to wygląda tak, jak widzę, czy może źle szukam, a jeśli tak, to gdzie mam szukać tego dobrego hip-hopu?". No i jako te polecane domeny padły hasła "t-mobile music", "popkiller", "hiphopsite" jeśli chodzi o USA, a także... blogi muzyczne, których twórcy często mają większą wiedzę muzyczną, niż dziennikarze. Zatem panowie koledzy blogerzy, może to i nic nie znaczy, o niczym nie świadczy, a może jednak wręcz przeciwnie - ciąży na Was odpowiedzialność. Zatem nie zaniedbujcie swoich dzieci, piszcie, a może dołożycie swoją cegiełkę do uświadomienia nieuświadomionym, jakie jest właściwe miejsce tej muzyki w naszym kraju. I tym optymistycznym akcentem opuszczam już Warszawę. Big up.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Kruku odwiedza Warszawę cz.1: WBW


"Setki godzin w pociągach gapiąc się w szybę..." No tak, moje ewentualne obawy o to, że idąc na studia siłą rzeczy kontakty z najbliższymi ludźmi z czasów licealnych będą systematycznie zanikały, a w końcu ostatecznie zostaną zerwane, okazały się na szczęście zupełnie błędne. A wręcz przeciwnie - rozjazdy w swoje strony, potem spotkania na święta w rodzinnym mieście oraz wzajemne odwiedziny w trakcie studiów tylko umacniają przyjaźnie zawarte jeszcze na ojczystej ziemi.

Inna refleksja: pisałem jakoś niedawno, że 'bez nich gorzej'. A pierdolić cały ten sentyment, tyle wam powiem. Bycie singlem jest spoko. Kiedy sam jeden zawijasz na imprezę do klubu trzy "szmule" (wiem wiem, Soboty się nasłuchał burak) i masz je dla siebie na całą noc, aż do zamknięcia lokalu, zapominasz o smutach momentalnie. Kiedy indziej z kolei zaprasza Cię dobra przyjaciółka do stolicy na WBW i jadąc pkp już wiesz, że to będzie mega weekend. Kiedy nagle staje się faktem, że już nie będziesz miał do kogo wracać pocieszasz się, że teraz odpoczniesz od związków. Jest lepiej. Odpoczniesz, a nawet beztrosko się zabawisz. I jak tu nie kochać studiów?

Okej, na razie starczy tych rozkmin i zgrywania "smutnego Leszka" (btw, spoko ta płyta Jeżozwierza). Idąc na WBW można było się poważnie zastanawiać, czy aby na pewno idzie się na dobre widowisko. Nie jest bowiem tajemnicą, że poziom krajowego freestyle'u ostatnio poleciał w dół. No ale finał to finał, największa bitwa w Polsce to w końcu jest. W tamtym roku rzekomo walka finałowa i wszystkie poprzednie nie powaliły na kolana, mimo że o pas walczyli Sosen i Theodor, o których wiem, że są dobrzy. Powiem tak: osobowości scenicznych choćby PRÓBUJĄCYCH zbliżyć się do takich, jak Tetris, czy Duże Pe póki co nie ma. Na wspomnienie zasługuje na pewno zdobywca pasa WBW 2011 Kopek, w którym chyba nie tylko my, ale i cała publika dojrzała zwycięzcę już podczas jego pierwszej walki ćwierćfinałowej. Spokojny, a zarazem pewnie stojący na scenie trzymał zdecydowanie najrówniejszą formę przez cały turniej. Jeśli mówimy o osobowościach, to na pewno trzeba powiedzieć o jeszcze jednym uczestniku:


Powiem szczerze - walk eliminacyjnych nie oglądałem i przed finałami nie miałem zielonego pojęcia, kto jest dobry a kto nie, kto może być faworytem i ogólnie co sobą reprezentują i KIM SĄ wszyscy uczestnicy. Tymin - to jedna jedyna ksywka, która mi cokolwiek mówiła. Poszedłem do Harlemu praktycznie z marszu, nie wiedząc nic wcześniej, a pragnąc się po prostu dowiedzieć, kto jest na chwilę obecną najlepszy w te klocki. Kiedy zapytałem Wujka (walczącego pod ksywką Osama Bin Zło) "o co chodzi, dlaczego, po co?", odpowiedział mi, że i dla zabawy, i też żeby coś samemu sobie udowodnić. Od razu sobie przypomniałem bitwę płocką, za którą nie zbierał raczej pozytywnych opinii, ale muszę przyznać, że jego występ w tegorocznym finale bitwy warszawskiej był... co ja gadam, MUSIAŁ BYĆ pozytywny. Dla publiki to było na zasadzie "show" - wychodzi na scenę postać znana każdemu, zasłużona zarówno dla freestyle'u, jak i dla polskiego hip-hopu w ogóle i battle'uje się z młodymi, zupełnie nowymi kotami. Koledzy WSZa zasiadający w jury - Diox, Jakuza, Procent i Puoć, nie pozwolili mu co prawda wyjść z grupy, ale przy jego szalonej nawijce publiczność bawiła się świetnie i trudno się dziwić. Ciekawe urozmaicenie, fajny smaczek, a sam Osama, tak jak bezkompromisowy i momentami agresywny na scenie, tak uśmiechnięty i sympatyczny poza nią.

Harlem podobno leci na łeb na szyję. Zadłużenie, coraz mniejsza frekwencja i chodzą słuchy, że niedługo ma być zamknięty. Ludzie schodzili się powoli, na walkę finałową było trochę ludzi, a tłok przy szatni to jest jakaś masakra. W dodatku umieszczonej blisko kibli, tak że ilość przewijających się osób na przestrzeni dwóch metrów kwadratowych jest podwójnie większa, ile normalnie da radę pomieścić. Summa summarum impreza była udana. Po kilku pierwszych walkach co prawda troszkę zawiało nudą, ale dobrych panczy nie brakowało, sam finał był zadowalający (rozstrzygnięty po dogrywce) i ja na poziom narzekał nie będę. Opinie są różne, jedni są mocno rozczarowani i stara śpiewka że "kiedyś było lepiej i WBW skończyło się na kill'em all", inni twierdzą z kolei, że turniej podnosi się z dołka. Nie wiem czy podnosi się z dołka, ale faktem jest, że osobiście podziwiam każdego, kto potrafi jechać na wolnym. Co prawda nikt nie spowodował zetknięcia się szczęki z podłożem, lub chociaż gromkiego "whoa" (no, może w przypadku Kopka było takie: "mhmm"), ale na tą PRZYSŁOWIOWĄ czwóreczkę event ten na pewno zasłużył.

PS. Niedługo część druga - o niedzielnej konferencji w PKiN na temat kondycji polskiego hip-hopu.

piątek, 25 listopada 2011

Paluch - Syntetyczna Mafia


Tak, jak kiedyś w najmniejszym nawet stopniu nie trawiłem Palucha, tak teraz jarałem się niesamowicie na "Syntetyczną Mafię". Mocarne single zwiastowały elektroniczną rewolucję w postrzeganiu warstwy muzycznej mainstreamowych produkcji, a i sam raper bezustannie czyni progres pisząc coraz to lepsze linijki. Jednak też tak, jak pod wpływem chwilowego jaranka Shellerinim (choć "Gawrosz" płytą niezłą jest) oczekiwania okazały się wygórowane, tak przy czwartym solowym albumie Łukasza Paluszaka drobne wątpliwości tuż przed premierą również mogły wystąpić. Przyjrzyjmy się zatem najnowszemu, poczynionemu na spółkę z producentem Julasem, dokonaniu członka Aifamu, B.O.R., Diil Gang i pewnie czegoś tam jeszcze.

Tak jak wspomniałem wyżej, nie ulega wątpliwości, że poznaniak cały czas stara się konsekwentnie iść do przodu. "Bezgranicznie Oddany" pod względem tekstów był albumem, powiedziałbym, solidnym, z momentami wzniesień w postaci storytellingu o Oli, Grzechu i Sławku i kilku kozackich wersów, jak np... w "Antykozaku". Tutaj jest tego więcej. Raper nie chce nas przesadnie zanudzać ulicznictwem, nie boi się szukać ciekawych porównań i często trafia w dychę jak np. "jesteś narzędziem w ich rękach, bo jesteś kurwa młotkiem", czy "kiedyś byliśmy jak szlugi z jednej paczki". Przy tym da się odnaleźć kilka, że tak powiem, ekstremalnych, czy nawet "ekskrementalnych" metafor - "z owrzodzonej duszy wymioty lecą na kartkę", "moje wersy to spirytus rozcieńczony przez bity, (...) bez popity, ty od przekazu najebany", co zapewne nie każdemu przypadnie do gustu. Nie mogło zabraknąć też oczywiście kolejnego hardkorowego storytellingu - w "Ukrytym" autor poszedł jeszcze o krok dalej niż na poprzedniej solówce i myślę, że tej historii o Wojtku, Tomku i Leszku spokojnie pozazdrościłby mu sam Słoń. Poza chorą wyobraźnią, której pewnie Paluszak uszczknął trochę autorowi "Demonologii' podczas wspólnej trasy koncertowej, pokazuje on przede wszystkim zdrowe podejście do życia. Życia, w którym co prawda dookoła nie brakuje brudu, syfu i tak dalej, ale mimo tego pokazuje, że ulicznik może mieć poukładane w głowie. Paluch to gość o bardzo twardych zasadach, jest bezkompromisowy w walce z zatracaniem wartości, zakłamaniem, i chociaż może to teraz brzmieć tak, jakby to były głupoty rzucane na pierwszej lepszej ulicznej płycie spod szyldu THS czy RPK, to w jego przypadku brzmi to po prostu autentycznie, tak jak powinno to brzmieć z ust doświadczonego, mającego już własną rodzinę faceta. Notabene rozprawia się tu też z fałszem spotykanym u przedstawicieli tegoż subgatunku rapu (acz co do prztyczków w nos dla Tedego, Fokusa i Mesa można się spierać, choć na pewno należą mu się propsy za nazwanie rzeczy po imieniu), a wszelkie zarzuty są konkretne, a nie tak jak na większości rap-produkcji rzucane gdzieś w kosmos. Słowem - Paluch to światopoglądowy ultrakonserwatysta, który przy tym jednak jest... ultranowatorski w kwestii muzycznej.

To za sprawą Julasa hejty przypisały poznaniakowi łatkę "techno". Zaczęło się rzecz jasna od "Nowego Trueschoolu" z poprzedniego albumu (na uwagę zasługuje także "Red Bull", nie mniejsza bomba koncertowa). Po trzech singlach (zwłaszcza "Psychofanie") spodziewać by się mogło wyjątkowo intensywnej, niespotykanej do tej pory w naszym rapie elektroniki, co postulował przecież sam tytuł albumu. Powiem szczerze - nie ma tu tego aż tyle, a wręcz jest tego zbyt mało. Julas zrobił taką syntetyczną mafię, że sam się przestraszył łatki "technojeba" (przepraszam za brutalne wyrażenie) i naprędce wymieszał swoje jazdy z najbardziej standardowymi, jak tylko można, klawiszami, wtrącając tylko czasami jakąś gitarę czy wahwah. Przy czym nie zawsze potrafił dobrze pociągnąć całkiem fajne pomysły. Można wymieniać: kompletnie pozbawiony polotu "Nie mam miejsca", przekombinowany refren w "Nasz Głos", jeszcze gorszy w "Wiarygodności" (na szczęście to jedyna taka 'melodyjka' na cały krążek), prostolinijny "Podaj tlen", czy bezbarwne "Czuję zmęczenie". To, na co miałem największą chrapkę odrobinkę zawiodło, gdyż Julas, w przeciwieństwie do Palucha, bał się postawić tego kroku dalej, albo chociaż utrzymać to, co pokazywał w tamtym roku w "Nowym Trueschoolu" i "Red Bullu". Pokazuje to doskonale w "Psychofanie" oraz niesamowitym "Nic nie musisz", a cały album powinien był być przynajmniej na poziomie "SSM", "Na Otarcie Łez", czy "Gdybyś zwątpił w nas", zaś jeśli już byłaby potrzeba na chwilę oddechu i jakieś miłe pianinka, to niech by to były takie właśnie, jak na "Zostawić coś po sobie". Poznański producent zamiast przyzwyczaić "Syntetyczną Mafią" słuchaczy do swoich bitów, sprawia wrażenie wciąż nieoszlifowanego diamentu i w porównaniu do potrafiącego w pięć minut zrobić miażdżący benger Matheo wypada jako mozolnie pracujący rzemieślnik, któremu czasami, w przypływie weny uda się zaszaleć takim "Nic nie musisz". Gdyby nie ten brak pewności siebie, może już dziś nikt nie nazywałby takich wtyczek "śmiesznymi", a on sam, jako mainstreamowy bitmejker wyniósłby się z poziomu krajowego na międzynarodowy?

Jeśli były wątpliwości o bity, to o rap raczej takowych nie było. No może co najwyżej o to, czy nam ten chropowaty, pewnie trzymający się bitu wokal troszkę nie obrzydnie. Naliczyłem bowiem aż dwanaście (!) tegorocznych występów gościnnych Łukasza. Ten postąpił bardzo słusznie robiąc selekcję w "odwdzięczaniu" się za zaproszenia i spośród tych wszystkich, u których w tym roku gościł, zdecydował się na... trzech najlepszych. Peja, Miuosh i Kali. Rysiu normalnie, na swoim poziomie, za to dwaj kolejni pojechali absolutnie po mistrzowsku. Zwrotki swoje dali również dwaj białostoczanie: Lukasyno (całkiem spoko) z NON Koneksji i najmocniejszy reprezentant Fabuły Bezczel, który niestety upewnił mnie, że nie umie przyspieszać ("Hau Hai" na bekowo wypadła rewelacyjnie). No jest oczywiście Słoń, który, cytując (i hiperbolizując), swoją zwrotką cały album na raz wciągnął setką, Junior Stress zaś (oczywiście w kawałku z Miuoshem), jako jedyny śpiewający, trochę mnie zawiódł.

Słowem zakończenia - mimo że trochę ponarzekałem na brzmienie "Syntetycznej Mafii", to nie oznacza to wcale, że te bity są złe, a płyta jest jakaś do dupy i nie da się jej słuchać, zwłaszcza że poziom ogólny krążka zawyża znacznie jego warstwa liryczna. Dlatego też wszystko się ładnie wyrównuje i z czystym sumieniem stawiam mu ocenę dobrą, z nadzieją na jeszcze lepsze rzeczy od tej dwójki - zarówno wspólnie, jak i oddzielnie.

Ocena: 4/6

poniedziałek, 21 listopada 2011

Buka - Pokój 003


Zawsze myślałem, że takich oryginałów robią tylko na Śląsku. A tu proszę - kolejny po Skorupie nabytek Rahima w MaxFloRec pochodzi skąd? Ano z Trójmiasta. Buka, bo o nim mowa, po kilku projektach wypuszczonych w podziemiu, czy to solo, czy to pod szyldem Sumy Styli, debiutuje na legalu. I nawet wpadł na chwilę na OLIS, a ściślej, na dwa tygodnie, co jak na debiutanta jest całkiem niezłym wynikiem. Czy wynik ten jest zasłużony? Cóż, o tym poniżej.

Buka wybrał idealny moment na swoje pierwsze oficjalne wydawnictwo. W porównaniu do wcześniejszych nagrań wykrystalizował już swój styl, ta jego maniera zaciągania sylab już nie jest tak drażniąca, a stała się po prostu znakiem rozpoznawczym artysty. Wcześniej przypominał Magika, teraz podobno bliżej mu do Eminema - cóż, jak czerpać inspiracje, to od najlepszych. Nie no, tak na poważnie, to styl Buki jest... specyficzny. Ale to zajebiście. Podobnie jak jego teksty. Szalone. Czasami przejaskrawione, czasami, mogłoby się wydawać, na siłę, może plecione trzy po trzy, ale szczerze powiedziawszy - trudno mi znaleźć obecnie coś oryginalniejszego na krajowym rynku. Naprawdę, słuchając jego tekstów można się zastanawiać i zastanawiać - co ten gość ma w głowie? Stylistycznie na pewno bardzo pasuje do profilu MaxFlo i ogólnie śląskiej sceny. Jeśli chodzi o technikę - jest mistrzem. Z dziecinną łatwością składa dość skomplikowane linijki i z jeszcze większą wypluwa je na bity.

Pod względem tematyki płyty jest różnorodnie, czyli dokładnie tak, jak możemy sobie przeczytać w notce prasowej o albumie. Mamy tu całą masę najskrajniejszych emocji, których genezę może znać w pełni tylko i wyłącznie sam autor. Otóż mamy tu postawę życiowego outsidera i alienację w "Walkmanie" (drugi po pierwszym singlu najjaśniejszy punkt) i "Wyjebane", bragga w "Sprawdź środkowy" i "Achtung", trochę "beki" w "Super ziomie" (rewelacyjna zwrotka Skorupa - dlaczego nie trzaskał takich na "Etosie Kowboja"?), schulzowe wyolbrzymienia (czy tylko ja to widzę?) w "Pierwszej miłości", nawiązania do klimatu "De Integro" w "Niepodległości" ze Skorem i Matim oraz przede wszystkim przewijający się przez cały album motyw szpitala psychiatrycznego i ogólnie pojmowanej szajby. Tak, Buka jest pierdolnięty. Ale umie to fajnie przełożyć na kartki. Cóż z tego, że czasami zdarzy się jakieś niefortunne porównanie, czy też opowie nam o schizach niezrozumiałych chyba nawet dla niego samego ("Pokój 003"). To jest właśnie w nim wyjątkowe. A czy do każdego trafi? Oczywiście że nie, ale to już osobna kwestia, aczkolwiek tak buntownicza i przy tym tak odjechana osobowość artysty powinna już wkrótce zdobyć jeszcze większe grono wielbicieli, których bądź co bądź zdążył on już sobie zgromadzić jeszcze przed wejściem pod skrzydła Sebastiana Salberta.

Przyznam szczerze, że po genialnym singlu spodziewałem się więcej, jeśli chodzi o warstwę muzyczną krążka. Odpowiada za nią niejaki Greg - producent z Poznania, tworzący niegdyś duet producencki Miliony Decybeli (aha, jest już jeden "Ileśtam Decybeli" - chcemy beef na bity!) i dziś podpisujący się tą nazwą jako samodzielny twórca. Nie powiem, dobre są te jego podkłady, zrobiły z "Pokoju 003" spójny krążek, ale jak na debiut Buki spodziewałem się czegoś więcej. W czym rzecz? Do bólu oklepane patenty z tymi jednakowo brzmiącymi skrzypcami i klawiszami, przez które utwory stają się bliźniaczo do siebie podobne (przy czym zajebiste, groteskowe dęciaki z "Pierwszej Miłości" zauważyłem ponownie dopiero w "37"). Mieliśmy z tym do czynienia już na Sumie Styli, choć co prawda tutaj jest o wiele lepiej - pierwsze cztery-pięć utworów ma niesamowity power, który z czasem jednak troszkę opada i monotonizuje. Tym niemniej, poniżej pewnego poziomu Greg na szczęście nie schodzi i to się liczy.

Podsumowując, mimo że Buka już mniej więcej ukształtował się jako raper, to i tak jeszcze wiele przed nim. Bez wątpienia ma potencjał, by nagrywać jeszcze lepsze albumy. Niech tylko trochę urozmaici sobie bity, jakie na nie sobie dobiera, no i oczywiście coś tam jeszcze doszlifuje warsztatowo, a będzie dobrze. W sumie to już jest.

Ocena: 4/6

piątek, 18 listopada 2011

Sokół i Marysia Starosta w Gdyni - krótka relacja

Na długi weekend z okazji święta niepodległości miałem okazję odwiedzić ziomków w Trójmieście. Praktycznie zawsze tego typu odwiedzinom gdzieś w Polsce towarzyszy wypad na jakieś porządne koncerciwo. Po Sopocie i Gdańsku przyszedł czas na Gdynię, gdzie tamtejszy klub Ucho był jednym z przystanków na trasie promującej album "Czysta Brudna Prawda" duetu Sokół-Marysia Starosta.

Organizatorzy postarali się, bowiem prócz atrakcyjnej niezwykle gwiazdy wieczoru zakołowali również zacne supporty. Mielzky'ego niestety nie udało mi się zobaczyć, a chciałem bardzo. Ze względu na obowiązkową "zaprawę" przedkoncertową i zamulenie w związku z ruszeniem dupy, gdyż jakoś tak wyszło, że się trochę późno zebraliśmy, no a z Gdańska (gdzie mieliśmy melinę) do Gdyni trochę daleko, zdążyliśmy akurat na Bonsona. Gdy przybyliśmy, ze sceny właśnie schodziła... ekipa Dwa Zera. W zasadzie to nie wiem, dlaczego nie zostali oni wpisani na listę supportów, jako ziomki Sokoła ze stajni Prosto, w dodatku przecież event zorganizowany w ich rodzinnym Trójmieście. Nie wiem na jak długo się wbili na scenę, ale chyba nie za długo. Dokładnie o 22:40 (o czym mnie wcześniej poinformował sam zainteresowany, HE HE) wbił się Bonzo, wraz z Matkiem jako DJem i szczecińskim Projektem Nasłuch jako wsparciem scenicznym. Repertuar? Prawie całe LP plus "Kilka Rzeczy" i jeden, może dwa numery PN. Nie przypominam sobie żadnego utworu ze wcześniejszych epek, a szkoda, bo tam ma również kilka niezłych propozycji na zaprezentowanie na żywo. Ogólnie ameryki pewnie nie odkryję stwierdzeniem, że "Historia Po Pewnej Historii" nie jest jakimś super koncertowym materiałem, ale jeśli chodzi o formę sceniczną Bonsona, to dał radę. Pod koniec rozgrywania repertuaru widać było u niego zmęczenie, ale dał radę dociągnąć - koncertowe flow na dobrym poziomie, nie licząc kilku wpadek tekstowych, no ale nie ma co analizować dogłębnie bez sensu. Kontakt z publiką - powiedziałbym, przyzwoity. Sporo ogarniętych fanów pod sceną, dużo zbitych piątek i choć może nie było takiego hałasu, jak potem na Sokole, to akcje typu: wszyscy przybijają piątki ze swoimi ludźmi podczas numeru "Moi Ludzie", czy hałas dla wszystkich mam przy "O mnie się nie martw" świadczą, że Damian ma potencjał. Gdyby nie nieustające problemy z nagłośnieniem i wpadki przy puszczaniu muzyki (tutaj nie wiem, czy Matek jest odpowiednią osobą do ogarniania deków, dobrze by było chyba zaopatrzyć się na koncerty w jakiegoś DJa, bo jednak zmiksowana setlista robi różnicę, aniżeli zwykłe puszczanie instrumentali z laptopa), byłoby jeszcze lepiej. Chyba chłopaki podeszli do tego po prostu trochę na spontana (Orzeu średnio znał teksty), ale zważywszy na fakt, że jak się dowiedziałem od samego Bonsona, którego potem spotkałem gdzieś na terenie klubu, to był jego pierwszy koncert z tym materiałem, wyszło w sumie spoko. Jak sam mu powiedziałem, pierwsze koty za płoty, potem będzie tylko lepiej.


Na gwiazdy wieczoru trzeba było trochę poczekać, bo "pół godziny rozplątywali kable". Sokół był mocno wkurwiony, na ustawienia odsłuchów też trochę czasu poszło, no ale po mozolnych próbach szlifu (największa bolączka hip-hopowych koncertów) w końcu udało się wszystko git ustawić. Sokół, Marysia, Hades oraz DJ Deszczu Strugi i DJ Kebs dali ognia rozpoczynając performens "Sztruksem", którego refren publika wraz z Marysią śpiewała na całe gardło. Właśnie, podstawowa kwestia - byłem mega ciekawy, jak ta delikatna, wrażliwa Marysia odnajdzie się w, bądź co bądź, hardkorowym, podziemnym klimacie klubowych scen rapowych imprez. Wyglądało to naprawdę dobrze. Na swoje kwestie wychodziła na sam środek sceny jak najbliżej ludzi, czasami hype'owała narzeczonego (no przyznam, to trochę dziwnie wychodzi), publika zaś za każdym razem maksymalnie pomagała wokalistce śpiewać refreny, choć szkoda, że po kilku kawałkach została do tego niejako zmuszona. Nie wiem, czy tego dnia każdemu artyście doskwierało jakieś fatum - Marysia bowiem zaczęła w pewnym momencie tracić głos. Nie wiadomo było, czy to przez chorobę, czy przez papierosa, po którego sięga z rana - w każdym razie setka wódki chyba pomogła. Wracając do repertuaru - po Sztruksie były obowiązkowe pozycje koncertowe ze starego WWO (praktycznie z każdej płyty - "Promienie", "Sen", "Tak to wygląda", oczywiście "Jeszcze będzie czas" na pożegnanie), nie mogło zabraknąć też "Każdy Ponad Każdym", który potem pięknie przeszedł w kontynuację, czyli sławnego już "Mirka", oczywiście spora większość tracklisty CBP, a także... parę utworów ze świeżutkiej jeszcze "Nowe Dobro To Zło" jeżdżącego z ekipą jako hypeman Hadesa. Szczerze mówiąc wnioskując z filmików spodziewałem się, że Wojtek jest na scenie nieco sztywny i anemiczny, ale to po prostu jest jego styl. Wszystko robi jego charyzma, kontakt z publiką i doskonały rap. Nie każdy musi skakać po scenie jak pojebany, by był dobry koncert.


No a potem co, jakiś "skromny" afterek i następnie całe dwa dni patologii, niemal bez żadnych przerw. Tego jednak tym razem wam oszczędzę, gdyż nie jestem dobry w przekazywaniu humoru sytuacyjnego, deprawowaniu czytelników itp. Jeśli jednak mocno pragniecie tego typu historii, to odsyłam do naszego naczelnego blogowego pijaka-Nowaka (pozdro :P). A co następne w kolejce? Najprawdopodobniej stolica i finały WBW, zatem elo elo i do następnej relacji.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Łona i Webber - Cztery i Pół (trzygroszówka)


Formuła 'trzygroszówki' została zatracona w niekrótkim czasie od wymyślenia jej. Miało to być kilka konkretnych słów na temat danej płytki plus odesłanie do dłuższej recki, z którą się zgadzam, co by się przede wszystkim nie powtarzać i nie silić się na kolejny przydługi esej bez sensu, bo i tak jest tu tego dużo. Później zaś przez moje lenistwo było to głupie wklejanie linku do innych blogów i ocena. Teraz wracamy zatem do pierwotnej formy.

Polski rap rządzi na OLIS, to nie ulega wątpliwości. Kiedy miejsce ma premiera albumu któregoś ze znaczących graczy na scenie, to debiutuje na tej liście wysoko, a nawet trzyma się potem kilka, a czasami kilkanaście tygodni. To znaczy, wiedziałem już od dawna, że jest dobrze, ale przypadki Palucha i Buki (ich recki wkrótce), przyznam, zaskoczyły mnie, że jest AŻ TAK dobrze pod względem kupowania rap-płyt w naszym kraju. Tym bardziej dziwić może z kolei porażka produktów ze stajni Step Records - Fabuły i Młodziaka, ale przy tym też powstaje pytanie, na ile jest to zasługa preorder.pl (choć przecież wielu innych artystów również nastawiło się mocno na sprzedaż wysyłkową, np. Mes, a potem i tak osiągały całkiem dobre wyniki). Łonson z Łebsztykiem zadebiutowali na liście na trzecim miejscu i jak dotychczas świetnie się trzymają - najprawdopodobniej leci już siódmy tydzień. Czy faktycznie jest na co wydawać kasę? Naprawdę, bardzo chciałem dać "Cztery i Pół"... ocenę cztery i pół, bo to by było przecież takie zabawne, jakaż adekwatna recenzja by wyszła, gra słów i wogle. Ale nie. Nie dałem rady. Za dobra ta płyta jest. Potem chciałem dać jej chociaż z minusem, bo w końcu nie ma tu tyle tego dowcipu, ile było na poprzednich płytach i ile się człowiek spodziewał po drugim singlu (klasyk z miejsca) - czyli wiadomo, to nie ten sam Łona co kiedyś, to nie ten sam Tet co kiedyś, a Wena skończył sie na kill'em all. Webber też to nie to, co na "Nic Dziwnego", więc słabe. No niestety, ale nie na tyle słabe, żeby nie było dobre. A nawet bardzo dobre. Kropka. A jak za mało konkretnie, to proszę, North.

Ocena: 5/6


PS. Sorry bardzo za składnię, piszę świeżo po długim weekendzie, sami rozumiecie. A relacja z koncertu Sokoła i Marysi i Bonsona zapewne lada moment.

wtorek, 8 listopada 2011

Pablo Hudini - Ydżak


Kserowanie to temat rzeka w polskim hip-hopie. Może zacznijmy od początku - a jeżeli od początku to oczywiście, od Liroya. Tak, już pierwszy raper RP kserował na ostro. Cypress Hill, Funkdoobiest, Beastie Boys, różne takie. Peja przecież też chciał być gangsterem jak Eazy-E. Wiadomo, polski hip-hop to w ogóle chujowy jest, bo to ksero rapu zza oceanu. Problem ten po raz pierwszy zdiagnozowali chłopaki z Molesty na "Skandalu", jednak nagrywając "Xeroboja" nie zdawali sobie sprawy tak na serio, jakiego rozmiaru osiągać będzie to zjawisko. Jakiś czas później nastała bowiem moda na hip-hop, pojawiło się mnóóóstwo raperów, a każdy kserował każdego, co tym razem trafnie przedstawił Łona na debiutanckim albumie "Koniec Żartów". Później to już tylko jak po rozwiązaniu wielkiego worka, wręcz jak po awarii kserokopiarki. Tede zaczął naśladować Jaya-Z, powstał zespół 2cztery7, który bezczelnie zaczął robić g-funk, którego miejsce jest przecież tylko i wyłącznie w Kalifornii, pojawił się Słoń a.k.a ksero Necro równie bezczelnie uprawiający horrorcore, a sięgając po najnowsze, takie najnowsiejsze trendy, Jędker Realista kserujący gwiazdy pokroju Pitbulla i Dizzee Rascala próbujący podbić eurodance'owymi klimatami całą Polskę - ponoć wraz z Redem zagrali ponad sto koncertów, więc w pewnym sensie ją podbili. No ale to mówimy o przenoszeniu pewnych klimatów z zagranicy na nasze podwórko - gorzej jest natomiast, kiedy uosobieniem jednego rapera staje się drugi... z tego samego kraju. Mówiło się o Dioxie jako kalce Pezeta, że Medium podobny do Zeusa, a ostatnio Flintstone odnalazł zaginionego trzeciego Kaplińskiego, chowającego się pod ksywą Bonson, a niegdyś Bonus. Piętnastu mc's chwyta za mikrofony. Wypada tylko postawić pytanie: gdzie zatem kończy się inspiracja, a zaczyna kopiowanie? Otóż znalazłem na to świetny, najświeższy przykład. Nowy nabytek wytwórni Asfalt Records - Pablo Hudini.

Tenże nowy nabytek to tak naprawdę hypeman Fisza, który postanowił nagrać sobie płytę. W tym roku mieliśmy już jeden taki przypadek (Gandziora nie wliczam), z tym że Joteste zrobił to całkiem fajnie - komu się nie spodobał "Zeus, jak mogłeś?" i zatęsknił za tym funkowym Zeusem, bez obaw może sięgnąć po "Ulice w Ogniu". Hudini zaś (ej, ksywa też jakaś znajoma, jest już jeden Chudini) po prostu pożyczył sobie od młodego Waglewskiego jego styl - cóż, kiedy się przebywa z gościem tak często, jeździ się z nim na koncerty, może była to po prostu wypadkowa zdarzeń. Pablo nie mógł już z tym nic zrobić, nauczył się rapować po fiszowatemu i koniec. Czy to może być usprawiedliwienie? Hmmm, no sorry ziom, ale chyba raczej na pewno NIE. Artysta musi dać na płycie dużo od siebie, to ma być JEGO dzieło, ma być jedyny sam w sobie. Nie mówię, że ma od razu być jakiś super oryginalny, ale ma być sobą, to ma być swoja rzecz, to ma się kojarzyć nim jako NIM, a nie kimś innym. Tak jak w kinowej wersji Jeża Jerzego (niestety rozczarowanie tak btw), klon jest zawsze dużo gorszy od oryginału, choć z pozoru jest taki sam. Z pozoru. Jeśli posłuchamy tekstów, będzie wiadomo już o co chodzi. Brak Hudiniemu talentu Fisza - wyczucia, wrażliwości, zmysłu dobrego tekściarza. Rymy są momentami poskładane w tak oczywisty, banalny sposób, że aż kłuje w uszy, o Jezus. Naciągane, mało wyszukane wielokrotne nie czynią wielokrotnych... wielokrotnymi. No na pewno nie czyni to z nich zalety. W zasadzie podczas słuchania "Ydżaka" może i udałoby nam się nawet zapomnieć, że jeden Fisz już istnieje, gdyby nie właśnie te fatalne rymy, przez co też album nie sprawdza się nawet jako... rzecz alternatywna. No chyba że przez bity.

Bity autorstwa muzyków z Tworzywa Sztucznego "próbują" zrobić z "Ydżaka" rzecz alternatywną, ale sam raper nie pozwala na to niestety. Choć nie powiedziane wcale, że nie ma tu czego słuchać. "Od A do Z", czy "Pablo Hudini leci w kosmos" to jaśniejsze gwiazdki tegoż "odlotu", z jakim mamy do czynienia, nie czyniące jednak go jakimś super przeżyciem, a żeby daleko nie szukać porównania, ostatnie przypadki boeninga czy tupol... Nie nie, Tetris ostatnio poleciał, nawet do przyszłości dotarł i teraz gwałci twoją córkę. Ale to może jutro o tym opowiem, teraz idź spać, bo jutro do szkoły.

Słowem? Wyrób fiszopodobny. Przypomina to to oryginał, sprawdzić można, ale z drugiej strony: po co?

Ocena: 3-/6

wtorek, 1 listopada 2011

B.O.K - W Stronę Zmiany


Dziwny mam ten gust. Na pewno inny niż Flintstone, bo podoba mi się to, co on jedzie i odwrotnie. W zasadzie z jego najnowszą recenzją nowego BOKu zgodziłbym się z jedną kwestią - że tak się nie debiutuje. Rzeczywiście, jak na swoje możliwości chłopaki mogli roznieść scenę w pył, a tego nie zrobili. Ech, skąd my to znamy? To chyba jest jakieś jebane fatum, że królowie podziemia, których wszyscy swego czasu wynosili na piedestał i stawiali wyżej ponad 'chujowy' mainstream, decydując się na wejście na główną scenę nagle tracą swoją wielkość, a z pierwszym legalem tylko wpasowują się w poziom sceny, nie zaniżając go ani nie zawyżając. Tak było z Tetem, tak było z Wudoe, tak chyba też będzie z Biszem.

Nie oznacza to, że "W Stronę Zmiany" jest jakimś rozczarowaniem, jak to diabolicznie Flint próbował nam przekazać. Postaram się przedstawić to obrazowo, w formie dialogu negacji: jeżeli twierdzisz, że raper X ma zajebiste flow, to przesłuchaj sobie którykolwiek z licznych projektów Bisza, a potem dopiero snuj fachowe opinie. Okej? Dalej: jeżeli twierdzisz, że raper X ma świetne, inteligentne teksty, nooo to chyba stary Bisza nie słyszałeś. Że niby Gural, czy VNM robią najlepsze bragga w Polsce? A Bisza słuchałeś? No właśnie. Że niby Trzeci Wymiar ma najlepszą technikę? Sprawdź Bisza najpierw, a potem udawaj znawcę może, co? Ej ej, chyba przesadzasz ziomuś, próbujemy dalej - królem storytellingów w PL jest... yyy, eee, Sokół? No dobra, z tym może i się zgodzę, ale sprawdź Bisza. A najbezczelniejszy raper nad Wisłą? Solarbiałas? Nie, nie, nie. I tak możesz se wymieniać, a ja Ci na to odpowiem jedno. Nie dość że mega kocur, to jeszcze szaleńczo wszechstronny, a tak pokaźna tracklista debiutanckiego albumu (23!) chyba raczej pozwoliła mu to pokazać. Wszystko, Bisz to przyszłość rapu.

Producenta Biszu też ma wszechstronnego, co by go zadowolił i ładnie umożliwiał mu zrealizowanie się w tych wszystkich kierunkach. Naprawdę, bity są szalenie różnorodne, co nie znaczy, że płyta jest jakoś rażąco niespójna. Jeżeli jednak miałbym wskazać przestrzeń, w jakiej się Oer najlepiej czuje, to byłaby to na pewno ta bardziej refleksyjna... przestrzeń (daaaamn...): "Nie trać mnie", "Przystań", "Gdzie ty byłaś", czy "Kiedy opadnie kurz", choć i tak wszystko przebija rewelacyjne "Wszystko do nas wraca". W mocno gitarowych bengerach: "Daj to głośniej", czy "Chcecie więcej" również się gość sprawdza. Jak już wspomniałem utworów na płycie jest multum, więc każdy znajdzie coś dla siebie... i nie dla siebie. Na pewno nie jest to bowiem projekt bez słabszych momentów, ale jako że są 23 utwory (wspominałem o tym chyba, nie?), to zaraz po tych gorszych chwilach zawsze następują te lepsze. Jeszcze wypadałoby wspomnieć słówko o Kayu, (BOK to w końcu trio, jak sama nazwa wskazuje, no może nie wliczając DJa Paulo), który wokalnie udziela się tu dość mało, zaś bardziej wspomógł Oera instrumentalnie.

"Dróg jest sporo, lecz najlepsi wybierają te, których słabi się boją." Myślę, że ten cytat z pierwszego tracka trafnie opisuje tę płytę. Bisz z kolegami idzie drogą, a właściwie drogami nieco innymi niż... inni. No tak. Rap ciekawy, nieszablonowy, świeży. Witamy kolejnego kocura na scenie. I za to wszystko plusik do czwóreczki.

Ocena: 4+/6

czwartek, 27 października 2011

Hurragun - Hurrap


Straszny hurraoptymizm zapanował w stosunku do tego projektu. Flint daje jej 9/10, Jaca też propsuje. A ja podchodzę do tego jakoś tak... hurrasceptycznie. Po prostu traktuję tę płytkę tylko i wyłącznie jako ciekawą podróż do przeszłości. Pod tym względem sprawdza się "Hurrap" idealnie.

Wojtas z kolegami uważają, że dzisiaj rap to gówno, a właściwie go nie ma, umarł, a prawdziwy hip-hop to ten oldskulowy i basta. Lata 90'te i te sprawy. Jestem zdecydowanie przeciwnikiem takiego podejścia. Pewnie gdybym urodził się ciut wcześniej, bym troszkę inaczej na to patrzył, ale niezmiernie razi mnie taki na maxa skrajny konserwatyzm. Nie żebym miał coś przeciwko takim brzmieniom, jakie uświadczyłem na albumie Hurragun, a wręcz przeciwnie, ale... szczerze? Jak mam na to ochotę, to puszczę sobie "Black Sunday", czy inny album Cypress Hill. Wojtas, Sensei i Tytson są na pewno poprawni na majku, każdy z nich od czasu do czasu błyśnie fajną linijką, a zajawkę wyczuwa się od nich już od pierwszych sekund po odpaleniu krążka (przede wszystkim te krzyczane przez całą ekipę refreny). Każdy z nich daje dużo od siebie, nikt specjalnie nie odstaje. Aczkolwiek zastanawiam się, jak by to wyglądało, gdyby do tych samych bitów Wojtas nawinął sobie solówkę. Pewnie po niedocenionej z 2005 rzucił na razie takie pomysły w kąt, ale jak widać chęci na rap ma dalej wielkie. I nie ma co odbierać tej zajawki, mnie to pewnie na świecie jeszcze nie było, kurwa, gdy on zaczynał, więc cóż ja mogę wiedzieć.

Tego klimatu, jaki został zawarty na "Hurrap" przez Mżawskiego negować na pewno nie będę. Brudny boom bap jak trzeba. Klimat ten jednak co najwyżej każe nam natychmiast sięgnąć po jakiegokolwiek klasyka z lat 90tych, by poszerzyć naszą wiedzę na temat gatunku, bądź po prostu zaraża nas tą zajawką, by poczuć się przez chwilę jak prawdziwy czarnuch, aniżeli zachęca do kolejnych odsłuchów krążka. Sprawdza się na dwa pierwsze odsłuchy, na kolejne już niekoniecznie. Fajna motywacja do nauki historii... i nic ponadto.

Ocena: 3+/6

środa, 26 października 2011

Mrokas - Mrok w Mieście


Jezu, wykończy mnie te studenckie życie... Piszę teraz na takim kacu że chuj (to cytat z VNM'a, ale wygląda na to, że cały post będzie równie górnolotny, jak owa linijka Tomka z "Where have you been?"), no i w sumie sam nie wiem, czemu się zajmuję płytami, które raczej mało osób dotyka. A ja wystawiając im niską ocenę robię im jeszcze bardziej na złe. Taka krótka autorefleksja na początek, więc można teraz już przejść do zhejtowania płyty... hmm, czekaj czekaj... a no, Mrokasa.

Takie małe prowo to było, bo w gruncie rzeczy nie nagrał on słabego albumu. Z Aifamu tak na poważnie liczy się tylko Paluch, no i po solówce któregokolwiek z reszty nie spodziewałem się niczego wielkiego. Ale Mrokas naprawdę dał radę. Jeżeli ktoś był już przygotowany na kupę, to musi się nieźle zdziwić. Poznaniak nie jest może mistrzem na mikrofonie, może irytować jego niechlujne, ktoś powie że grubiańskie, czy nawet 'burackie' flow, no ale takie już ono jest i tyle. Czasami nawet jakiś niezgrabny offbit się wkradnie, no ale nie można powiedzieć, że debiutujący solo członek Aifamu ma same wady. Przede wszystkim potrafi nadać utworom jakąś melodyjność, a to przez to, że umie śpiewać. To znaczy no, wiadomo jaki jest jego głos, więc nie wiem czy można to nazwać 'śpiewem', ale uszu tym bynajmniej nie kaleczy. A też jeśli chodzi o lirykę jest zdecydowanie lepiej. Tak jak sposób rapowania Mrokasa jest dość nieokrzesany, tak w dużej mierze zrekompensował nam to niezłymi tekstami. O czym? Aaaa, bo ja wiem, o tym co wszyscy.. Trochę bengerów, trochę rozkminki.. Dobrze też urozmaicają płytę dobrzy goście, m.in. ziomki z Poznania: Shellerini, Kubiszew, Kaczor, Paluch, Słoń, bo bez nich płyta byłaby zdecydowanie bardziej ciężkostrawna.

Największa zaleta albumu to jednak bity. Mrokas ma dobre ucho i w większości dokonał jak najbardziej słusznego wyboru. Są ciekawe, nie zabrakło eksperymentów (ambitna "Świadomość"), a wspomniane bengery, przede wszystkim "Numer Jeden", czy "Krusząc Lód" to najmocniejsze akcenty płytki. Należy też dodać, że prócz rapowych gości mamy kilka żeńskich wokali (i nie tylko), które także wypadają bardzo dobrze. Ogólnie od strony technicznej nic nie można zarzucić - Mrokas dał 18 poprawnych, dokładnie przemyślanych tracków, od strony technicznej wszystko tu gra, są dobre melodie, ale brakuje im jednak odrobiny czegoś takiego, no wiecie, przyciągającego na dłużej.

Podsumowując już, "Mrok w Mieście" można sprawdzić, bo zawiera, jak to się mówi, "spoko kawałki", no ale przez brak w nich 'tego czegoś więcej', oraz przez odrzucający rap Mrokasa jest to półka niżej od normalnego, 'dobrego' poziomu na naszej scenie. Mocna trójeczka.

Ocena: 3/6

niedziela, 23 października 2011

Mezo - Mezoteryka


Jak to powiedział Remik, właściciel wytwórni My Music a niegdysiejszego UMC Records, tacy artyści jak Doniu, czy Mezo muszą dziś zaczynać praktycznie od nowa. Przez spaprany wizerunek poznańskiej wytwórni muszą od nowa udowadniać swoją wartość i bić się z demonami przeszłości, w każdym niemal kawałku odpierając zarzuty prawilnych mc's, przez co sami niejako się zapętlają i zawężają pole tematyczne własnych utworów. To działa zresztą też w drugą stronę - jak to nawinął Doniu, że gdyby nie on, to przecież ci wszyscy prawilni mc's nie mieliby o czym pisać. Wiadomo, i tak nikt ich argumentów nie będzie słuchał - prawa rynku są bezlitosne. Może to i nie ich wina, że Polska to nie jest jednak 51 stan, jak to mówił z kolei Jeden Osiem L, choćby bardzo tego chcieli i niektóre rzeczy u nas po prostu nie przejdą - przynajmniej jeśli mówimy o środowisku hip-hopowym. Czy wyobrażacie sobie, że na koncert B.o.B, czy Lil'Wayne'a przychodzi 15 osób, z czego najstarsza ma może 15 lat? Tak było niedawno we Wronkach na koncercie Ascetoholix - mnie to trochę smuci swoją drogą, ale przynajmniej odegrali ten koncert, nie tak jak np. Vienio, który zrobił imprezę równoległą do innej, znacznie prestiżowej w tym samym mieście i myślał, że ktoś przyjdzie. Kończąc już ten przydługi wstęp - nie ma już co płakać nad rozlanym mlekiem, pozostaje grać dla tych kilku osób, ilu jest się w stanie jeszcze zdobyć, mimo że muzyka pewnie nie obroni się sama, a łatka hiphopolowców nie odklei się już nigdy. Wszak "Mezoteryka" to nie jest może album wybitny, ale na pewno nie zasługujący na totalne zmieszanie z błotem.

Nie oznacza to też, że ta recenzja będzie jakąś umiarkowaną laurką i aktem pomocniczym w obronie tegoż albumu. Rozpoczyna się on chimerycznie, od utworu tytułowego, choć intro do niego zdawało się być obiecujące. Dalej jest nieco lepiej, mamy drugi i trzeci utwór z całkiem ładnymi, melancholijnymi melodiami w bitach Tabba (odpowiada za całą muzykę na krążku) i trochę jednak niedostosowanymi do nich nawijkami Meza, który sprawia wrażenie, że musi on przekonywać nie tylko nas, ale i samego siebie, że "życie jest piękne". Dopiero oglądając go w wywiadach można się o tym przekonać, bo jest naprawdę spoko gościem, ale w jego rapie wyraźnie brakuje tej przebojowości, choćby tej znanej z "Mezokracji". Dalej mamy dwa zupełne koszmarki, mdły popik w "Zaufaniu" i pseudo-hedonistyczny, absolutnie fatalny "Syreni Śpiew". Słynny "Kryzys" nie jest wcale taką złą opcją (zakładając, że jest to opcja na eska tv i inne tego typu nadajniki), ale ma chyba podobnie fatalną sławę, jak komiczne "Po Robocie". "Cash" z kolei jest utworem co najwyżej średnim, lecz stanowi dobrą wizytówkę formy Jacka na tym krążku, z wyjątkiem świetnej pierwszej zwrotki - refren "Ty wiesz, wiesz, wiesz, światem rządzi cash, cash, cash" pokazuje, że tak jak kiedyś raper składał te wielokrotne z nieprawdopodobnym sprytem i wypowiadał je niemniej stylowo, tak teraz wznosi się na wyżyny tylko momentami. Tak jakby kolejny album był dla niego, może nie przykrym, ale jednak - obowiązkiem, coś jak na swoich kolejnych płytach inny Jacek, ten od Natalii Kukulskiej i Lesz.

Potem jest jednak, ku mojemu zadowoleniu, znacznie lepiej. Część środkowa albumu jest zdecydowanie najmocniejsza. Kiwający głową, przyjemny 'bengeryk' "Dreamliner" (zwrotkę rapera z każdym wersem kończącym się na "Mezo" puśćmy w zapomnienie), popowe (udane tym razem) smętki w "Modlitwie" i "Inspiracji" oraz nadchodzący singiel "Kochaj Albo Giń", gdzie w końcu czuć ten optymizm i radość z życia (swoją drogą, bardzo dobry dobór żeńskich wokali na album) to utwory, które powinny być wyznacznikiem kierunku, za jakim powinni podążać Mezo i Tabb tworząc tę płytę. Później trzymają poziom jeszcze tylko mocny w wymowie storytelling "Droga do Zatracenia" i skupiający niemal wszystkich wyklętych ze środowiska "umc's" posse cut "Big Bang".

Mezo dał tu tylko zalążek tego, co mógł tak naprawdę dać ludziom, którym przyszłoby do głowy kiedyś bronić "Mezoteryki". "Wyjście z Bloków" było świetnym albumem hip-hopowym, "Eudaimonia" była świetnym albumem hip-popowym, ale dwa kolejne miały już tylko potencjał (niewykorzystany niestety), by się obronić przed hip-hopolowym wizerunkiem, będącym się ciągnąć za Jackiem aż do śmierci. Tutaj poznaniak jest jakiś taki niemrawy i nieprzekonujący, choć momentami przejmuje słuchacza swoim smutnym nastrojem. Wiadomo bowiem, że niedawno rozwiódł się z żoną, i choć różnie bywa z poziomem tych kawałków o kryzysach, zdradach i traceniu zaufania, to dzięki temu, paradoksalnie, płyta nie jest nijakim popowym chłamem udającym hip-hop, a wyrazistym zapisem uczuć dojrzałego faceta, w którego słowach reprezentujących od zawszę te bardziej pozytywne oblicze hip-hopu - 'peace and love', można też dostrzec smutek, uczucie pustki, a nawet momentów osiągania całkowitego dna i autodestrukcji. Gdyby tylko panowie Mezo i Tabb popracowali nad stabilizacją formy, bardziej starali się zająć, zaciekawić słuchacza, to może byłby to nawet lepszy krążek, niż całkiem niezłe "Herezje". Jest jednak im tylko ledwo dorównujący, ze wskazaniem i tak na poprzednika. "Mezoteryka" nie jest żadną magią, ale nie jest też szarlataństwem i o tym można by czasami pamiętać, gdy przyjdzie nam do głowy hejtować nieszczęsnego Jacka.

Ocena: 3+/6

wtorek, 18 października 2011

Macca Squad - Maccaradża mówi dość


Nudno jak cholera, uczyć prawa cywilnego ani administracyjnego mi się nie chce, to sobie zhejtuję jakieś rapsy, a co mi tam. Dawno nic tu nie było, to teraz przynajmniej coś będzie. Ogólnie chciałem systematycznie wrzucać tu swoje przemyślenia co do każdej kolejno ukazanej na rynku płyty, ale cóż - "Dialogimuzyka" Donia nadal na necie nie istnieje. He he. Nikt jej nie kupuje, to i nikt na peba nie wrzuci. No nieważne w sumie, jedziemy z płytą następną w kolejności.

Hm, Toruń nie ma u Ciebie dobrej sławy, czytaczu tego bloga. Wyjątkiem jest bożyszcze gimnazjalistek Małpa. Toruń, miasto crunku, miasto Rydzyka, parafrazując wers Tego Typa Mesa, który to, jak się okazało, nie wie, kto śpiewał "mój jest ten kawałek podłogi" (pff, nawet ja wiem, że Rahim). Ech, ten Toruń... Tobie też, czytaczu, kiedy rozważałeś studiowanie dziennikarstwa, babcia doradzała Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej? Mnie też, ale mimo tego bardzo ją kocham. Nawiasem mówiąc, gdyby wiedziała, jaki rap robi się w tym mieście, nie wiem czy by zdania nie zmieniła. Dobrze, że przynajmniej akceptuje ten mój hip-hop, nawet Eminem się jej podoba.

Tak... A więc Macca Squad. Z początku było chyba więcej członków, ale dziś już rapuje tam tylko jeden koleś. Cegła mu na imię. Ciekawe czy tak samo będzie z Firmą, na razie odszedł tylko Kali, a potem... kto wie? No ale co tu dużo mówić, siara w takich squadach śpiewać, znaczy się rapować. Nie rozumiem, po co takie rzeczy wychodzą. Cegła próbuje być groźny na majku, z tą swoją crunkopodobną manierą rapowania i modulowaną agresją w głosie, ale paradoksalnie... też próbuje być tu refleksyjny. Niestety panie, trzeba się zdecydować, czy robimy siku i stoimy, czy numer dwa i siadamy. Bo gdy się źle zdecydujesz, to wychodzi z tego wielka kupa, do tego w spodniach (a wiadomo, że facet w przypadku jedynki nie siada, nie siada i koniec). No, jeśli jakiś jebany hejter (he he, czujesz tę ironię?) hejtuje Piha, że rapuje 'jakby srał na klopie', to proponuję posłuchać Macca Squad.

Tak, w tekstach pana Cegły jest dużo żalu, goryczy, tak jakby czuł się niedoceniany w życiu i w muzyce (ale w końcu muzyka to życie, życie to muzyka, raperzy nawet śpią z mikrofonem, jak to Kubson nawinął), z drugiej zaś strony, buńczucznie to wszystko pierdoli i mówi, że dalej będzie robił to gówno.. Dobra dobra, przestaję już, obiecuję. Ale "Ludzką Stonogę" możecie obejrzeć jak chcecie. Ponadto, Cegłówka od razu nam mówi, że "nie chce być mentorem, prorokiem, ikoną epoki", ani nawet "artystą, intelektualistą, ani wzorem". No i dobrze, chwała mu za to. A jego lirykę podobno, czytaczu (czy w tym przypadku słuchaczu), "kumasz do czasu". Mhm, okej. Większość płyt raczej zaczyna się rozumieć dopiero po czasie, po kilkukrotnym odsłuchu, tu natomiast jest dokładnie odwrotnie - najpierw jest wszystko jasne, a później wchodzimy coraz głębiej i... niczego nie rozumiemy. Można powiedzieć, że ta płyta ma potencjał na bycie absolutnie przełomową, pod jakimś względem. No ale słyszymy, że jej twórca nie chce być nikim takim, więc może nie będziemy na siłę mu przypinali łatki tej ikony epoki, ani też, powiem więcej, twórcy nowego nurtu w hip-hopie.

Dobra, bo pierdolę już. Jeszcze jakieś słówko o bitach. No cóż, takie tam. Raczej crunku w nich jest mało, materiał miał być chyba bardziej refleksyjny, więc i muzycznie trzeba było się przystosować do tej stylistyki. Chociaż to podobno miał być hardkor... Nawet w bitach panuje wielka schizofrenia. No nic. Gdy przeczytacie notkę prasową o tym albumie, pewnie z chęcią po niego sięgniecie. Gdy przeczytacie zaś moje wypociny, zrobicie dokładnie odwrotnie. Rozbawiło mnie niezmiernie zdanie a propos bonus tracka "Puchacz": "to nie jest numer dla normalnych ludzi!!!!!" Owszem, myślę, że ewentualne skojarzenie tego numeru ze wspomnianym wyżej filmem o ludzkiej stonodze może być dla wielu z was bardzo adekwatne. Podsumowafszy, ja tam teraz słucham sobie nowej płyty Młodego M., a jutro idę do empiku po solówkę Hadesa. I wam to samo polecam. Maccaradża mówi dość. Po prostu maccabra.

Ocena: 2-/6

poniedziałek, 10 października 2011

PMM - Poza Horyzont


Swoim trzecim albumem, wydanym zaledwie rok po "Rap, Stresy, Hulana, Interesy" grupa PMM postanawia udowodnić, że nie jest tylko dwójką łysych gości z bejsbolami pod pachą (pamiętacie ten klip z czasów pierwszej płyty?) nadających się jedynie na tłustego bengera, a ich obecność na scenie nie jest wynikiem jedynie obszernych znajomości, a własnego, odrębnego stylu, który pozwolił im ulokować się na niej na stałe.

Że się przyczepiłem do tych znajomości, tak? Niech więc zatem będą one wizytówką dobrej klasy PMM, a nie jakimś tam jej zaprzeczeniem, czy wymówką. No bo co mamy: wytwórnia Sokoła, bity od Ostrego, goście na płytach w osobie m.in. Zeusa, Mesa, a także gościna u Racy, czy Bonsona. Mało? Co by jednak nie gadać, na najnowszej produkcji liczba gości jest jeszcze mniejsza niż rok temu, a chłopaki dają radę sami. Głowa i Wężu są bardziej refleksyjni niż zwykle - widać, że spędzili nad kartkami dużo więcej czasu, niż jak to zdawało się w przypadku poprzednich krążków. To oni razem z Łoną, Sobotą, no i ostatnio Bonsonem stanowią o sile szczecińskiej sceny i najwyraźniej ze świadomością tego dopracowali swój rap pod każdym względem. Wracając jeszcze do gości, dobrze urozmaicili płytę jej producent muzyczny - O.S.T.R., a także Sokół i Pih, a bez Grubsona drugi singiel nie miałby takiej mocy, jaką ma.

Wspomniany O.S.T.R., czyli najlepsza, jaką mamy obecnie maszynka do robienia muzyki uprawia na tej płycie, można powiedzieć, niezłe rzemieślnictwo, z czego jest zresztą znany już od kilku lat. Mimo wyjątkowej aktywności w roku poprzednim (m.in. płyty Abradaba, Greena, nie mówiąc już o własnych albumach) Adam nadal nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Bity na "Poza Horyzont" jednak poza ten horyzont nie wykraczają. Są po prostu solidnie... naostrzone, na pewno szkoda by było, by takie biciwa miały trafiać do szuflady, póki wena dzielnie służy i opuścić nie chce. Parę razy podostrzył jednak Ostrowski, tak że mamy kilka mocno wybijających się momentów, czy to ze względu na przebojowość ("Poza Horyzont", "Wstawaj"), czy to niesamowity klimat ("Rwany Rytm", "Spokój" - idealne do słuchania późnymi wieczorami).

To prawdopodobnie najlepszy album w karierze PMM. Odbijając od stylistyki z którą dotychczas byli chłopaki kojarzeni zdecydowanie dobrze na tym wyszli. Dopracowany 'niemiecki' styl rapowania, dopracowana liryka pod klasyczne sample Ostrego stanowią jedną z wielu solidnych pozycji tego roku i przy obszernym jego podsumowaniu na pewno nie zabraknie miejsca dla "Poza Horyzont".

Ocena: 4-/6

sobota, 1 października 2011

Gustoprześwietlacze: Kruk

Gustoprześwietlacz nie-hip-hopowy u Litoslava, u mnie - polski rap. He he.



10. HIFI Banda - Puszer







Notowanie trzeba zacząć z pierdolnięciem. Zatem: Puszer. Chyba każdy to zna. Nie wiedziałem jednak, którą wersję umieścić, zatem umieszczam... wszystkie trzy. Bowiem każda ma swoje minusy: ta pierwsza ma Jędkera, a kolejne remixy też mają jakichś Zawodników. No ale pierwszy remix ma Pyskatego, Numera, Tedego, zaś druga ma VNMa, Sokoła i Erosa.


9. Don Gural Esko - Betonowe lasy mokną



Co spowodowało, że pojawiło się to na liście? Chociażby to, że nie chciałem jak jakiś truskul w pinglach wypełniać jej całej Smarkami, czy innymi Dinalami i Lajkajkami, tak by znalazło się też miejsce dla mainstreamu, z którego możemy być dumni. 'Totemem' Gural potwierdził swoją pozycję w krajowej czołówce, a ja, za każdym słysząc intro do 'Betonowe lasy mokną' mam mega ciary.


8. Proceente - Sen Palacza Trawki



"Ze szczytów blant, wyżej od szczytów alp." Nie mam nic więcej do dodania.


7. Eis - Teraz Albo Nigdy



No ba, musiał być Eis. Zrobiłeś ten hajs, to może wróciłbyś do gry, co pudelku?


6. Jimson - Królowa Wosku



"Jak to? Ile kobiet widujesz dziennie z winylami pod pachą?" Jims też mógłby wrócić.


5. Fisz/Emade - Heavi Metal



Ze względów sentymentalnych ten utwór zawsze pozostanie dla mnie ważny. Klip dostał jakąś nominację do Yachów. Jak dla mnie mnie spoko, ale nic specjalnego.


4. Grammatik feat. Fenomen - Każdy ma chwile



Musiało być coś z Eldo. Padło na "Światła Miata" i "Każdy ma chwile". Ale tą pierwotną wersję, bez Możdżera. Co ja będę wymyślał jakieś wyszukane słowa - po prostu trzeba to znać.


3. Cisza & Spokój feat. Lilu - Ostatniej Nocy



W stosunku do czasu, w którym ów duet wypuścił ten album odkopałem go dość niedawno. Zdecydowanie najlepszy w karierze Pana Duże Pe. A utwór... wyśmienity.


2. Brudne Serca - Masz prawo (remix)



Musiało być coś z BRD. Smutno mi, naprawdę.


1. OxyGen feat. Sokół - Angela (gdybym wiedział, że istniejesz)



Czytaj: pozycja 5.

niedziela, 25 września 2011

Up To Date Festival - relacja


Druga edycja białostockiego Up To Date Festival upewniła mnie w przekonaniu, że impreza ta zasługuje na bycie, obok Giżycka, stałą pozycją w rokrocznym kalendarzu imprez. Co prawda tzw Hip-Hop Tent jest tylko jednym z elementów tejże imprezy, ale takowe jego rozwinięcie w stosunku do pierwszej edycji (w tamtym roku Eldo, Pezet/Małolat, Abradab, w tym roku aż 2 dni po 4 artystów) tylko pokazuje, jak mocno, ku mojej uciesze, dba się o hip-hopową kulturę w Białymstoku.

Prócz rapu na scenach kompleksu na Węglowej spotkamy muzykę elektroniczną w różnych jej odsłonach oraz wystawę 'We Care More' - streetart i wszelaka sztuka nowoczesna. Chyba nie muszę mówić, co mnie tak naprawdę przyciągnęło na ten event, ale całościowo 'up2d8' przekonuje mnie jak najbardziej i wypada mi tylko przyklasnąć organizatorom za inicjatywę i doskonałą realizację. Co Podlasie, to Podlasie, nie mamy się czego wstydzić. W takich chwilach kocham Białystok i fakt, że tu studiuję.

Skupię się jednak na tym, z czym miałem do czynienia najbardziej przez te dwa dni, a więc na scenie Hip-Hop Tent. Umieszczona była pod namiotem, a więc praktycznie na świeżym powietrzu, podczas gdy dwie pozostałe sceny (pierwszego dnia jedna - okołoambientowy 'Stan Skupienia') były w budynku, ale ostatecznie nie stanowiło to dużego dyskomfortu, gdyż jakoś przeraźliwie zimno nie było, a uwzględniając występy niektórych artystów momentami było wręcz parno. Występy pierwszego dnia zaczęły się jakoś przed godziną dwudziestą pierwszą, a rozpoczął je ten, którego w ogóle nie miało tam być. A było to tak, że w czwartek, czyli dzień przed imprezą, dzwoni Diox do WENY: "Grasz gdzieś jutro?". Miał grać w Warszawie, ale koncert odwołano. "Aha, no to grasz w Białymstoku." Wudoe zastąpił chorego Małpę, którego w normalnym wypadku zobaczyłbym po raz czwarty w przeciągu pół roku, dlatego była to jak najbardziej pozytywna wiadomość. A reprezentant Marymontu, choć podobno też trochę chory, zagrał na poziomie idealnym jak na pierwszy występ. Repertuar, poza oczywiście "Dalekimi Zbliżeniami" opierał się też mocno na "Dużych Rzeczach", dlatego podczas jego skakania po scenie trochę odczuwało się brak pewnej osoby obok (czytaj: Rasa). A we dwójkę dają czadu. Ciekaw jestem ile ludzi by było na Małkiewiczu, bo zdziwiłbym się, gdyby było tyle, ile przyszło na Wenę. Ogólnie ludzie jakoś powoli się zbierali pod scenę, ale jak już się zebrali, to całą wuchtą.

Niedługo potem wyszedł Diox. Również był nie w pełni zdrowia, gdyż o kuli z nogą w gipsie. Ale kulę szybko wyrzucił. Boom-bap Returnersów zawsze spoko, Diox i HIFI zawsze spoko, tyle mogę powiedzieć. Stanowili dobre preludium dla późniejszego totalnego rozkurwu, będącego autorstwa holenderskiej formacji Dope D.O.D. Trzech typa, a każdy z nich to osobne indywiduum, wykręcone na inny sposób. Jeden wysoki, kojarzący mi się z gitarzystą System of a Down, połowa czachy na zero, z czerwonym lewym okiem, drugi filigranowy czarnuch z solidnym afro, przypominający przez to Whoopi Goldberg, w czarnych spodniach zapiętych na jednej szelce i trzeci, najspokojniejszy z nich długowłosy blondynek o aparycji przypominającej śmierć bardziej wokalistę metalowego, niż rapera. Grupa ta uprawia hardcore rap z elementami grime i dubstepu, zatem można sobie wyobrazić, co się działo. Jak to powiedział prowadzący imprezę Esdwa (taki troszkę gorszy Procent - to chyba staje się zasadą, że prowadzić musi gość niewymawiający "r") - mózgi wypalone na drugą stronę. A pod sceną - nie mniejsze pokurwieństwo niż na niej. Co ciekawe, tego dnia miała miejsce oficjalna premiera... ich debiutanckiego legalnego albumu. Kolejny smaczek podnoszący rangę tegoż festiwalu.

(Długi, ale polecam obejrzeć do końca.)


Jak to powiedział Łona, Dope D.O.D. był niekwestionowaną gwiazdą wieczoru. Gwiazdą wieczoru, która jednak grała jako przedostatnia. Myślę, że organizatorzy, jeżeli układając taką kolejność mieli na myśli to, aby zatrzymać jak najwięcej słuchaczy pod sceną, nie powinni się niczego obawiać. Publiczność doskonale wiedziała, na co przyszła i zajarana na maxa skakała do dubstepowych jointów, jakby jej mózgami i ciałami zawładnął Skrillex Wszechmogący. Nie miało to nic wspólnego z jakkolwiek pojmowaną normalnością psychiczną, ale mnie się bardzo podobało. To jest, kufa, prawdziwy rap z dubstepem, a nie jakieś pierdnięcia Mesa.. No i po nich już jako ostatni zagrał Łonson, wraz z Łebsztykiem aka Witoldem Pyrkoszem, DJem Twisterem, którego nie było oraz Rymkiem, który sztukę hajpowania opanował chyba do perfekcji. Pod ich performance poddali się wszyscy zgromadzeni pod namiotem. Odniosłem wręcz wrażenie, że target na muzykę Łony jest najfajniejszą społecznością na ziemi. Dobrze mówię, społecznością. A bystrą, jak sam Łona. Wszyscy jak jeden mąż reagowaliśmy błyskawicznie tak, jak powinniśmy reagować w zależności, co się działo na scenie. Teksty piosenek, głupie okrzyki między kawałkami, no i cuty w "Rozmowach z Cutem". Jeszcze to żadne zdziwko, że wszyscy znali teksty z dotychczasowych albumów, ale żeby już na pamięć obydwa single z "Cztery i Pół"? Dawno nie widziałem tylu tak pozytywnie zakręconych, sympatycznych i inteligentnych ludzi. A sam Łona jak zwykle - talent, charyzma, dowcip, po prostu skarb polskiego rapu, z którym tego dnia białostocka publiczność współgrała jak w symbiozie.

Drugi dzień zaczął się tak naprawdę od supportu. Pytanie kolesia, który zapytał mnie "kto teraz gra" i stwierdzenie: "o kurwa, to nawet JA tego nie znam" jest najlepszym podsumowaniem pierwszego sobotniego artysty festiwalu. Żeby nie było, nie mam nic do ekipy Wysoki Lot, zagrali jakoś tam i spoko, ale chyba jedynym kryterium takiego wyboru były dubstepowe akcenty w jej twórczości. Jak widać organizatorzy chcieli przemycić na rapową scenę choć trochę klimatów z innych scen, ale do Dope D.O.D. chłopaki z Krakowa mają jednak lata świetlne. Później wróciliśmy na właściwy poziom, czytaj: Zeus na scenę. A dokładniej Zeus i Joteste. Nagłośnienie mogli mieć chłopaki o wiele lepsze, ale poradzili sobie mimo to. Trochę czasu zajęło im zgromadzenie i przekonanie publiczności do siebie, ale urozmaicić występ bez wątpienia potrafią. Klaskanie tyłem do publiki, bujanie się od prawej do lewej, czy świetny wspólny pokaz umiejętności na zakończenie (obydwaj na raz chóralnie rapowali tę samą zwrotkę, akcentując i przyspieszając dokładnie w tych samych momentach, i to bez bitu) naprawdę każe przyklasnąć. Może przy numerach z "Zeus, jak mogłeś?" publika była trochę zdezorientowana (ja wiem, nie wszystkim się przyjął ten album), podobnie jak z "Ulic w Ogniu", czyli solówki Joteste, ale funk w bitach Kamila i energiczność obu raperów dała naprawdę fajny koncert. Jedna z moich ulubionych postaci na scenie nie zawiodła.

O głównej gwieździe drugiego dnia za dużo nie powiem, bo myślę, że dużo słów i tak na to nie trzeba, a każde z nich i tak nie oddałoby w zupełności tego, co się w rzeczywistości działo. Looptroop Rockers i wszystko jasne. Mówiąc metaforycznie i w najzupełniejszym skrócie - chyba każdy z nas tego wieczoru był ubrany w ten charakterystyczny czerwony kubraczek (a wygodny jak cholera!). Szkoda, że nagłośnienie się nie poprawiło w stosunku do występu Zeusa, tak ogień mógłby być jeszcze większy. Po gwiazdorach ze Szwecji na zakończenie bardzo pozytywny występ dał Parias. Nie wiem o co chodzi tym, co to zarzucają Pariasom koncertową nudę. Gadane Eldoki, pozytywna aura Pelsona i charyzma Włodka, a do tego zajebisty (niekoniecznie nie-koncertowy) repertuar. Mnie więcej nie potrzeba, tak jak zapewne każdemu, kto był na ich występie czy to tutaj, czy na MHHF.

Trzeba dbać o kulturę młodzieży. Białystok o nią dba. I o to, bym przez nieco ponad rok zaliczył na żywo niemal całą czołówkę polskiej sceny, plus do tego kilka gwiazd zagranicznych. No, z małą pomocą Giżycka i czasem Trójmiasta. Ano, zapomniałbym. Tydzień przed Up To Date zdążyłem jeszcze odwiedzić Gdańsk i zaliczyć zajebisty koncert Eldo, Soboty i Małpy. Nie ma co, to były grube wakacje.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Suma Styli - De Integro (2009)


Nie jest to jakoś super znana ekipa. A szkoda, naprawdę. Niewielkie grono słuchaczy, które grupa bez wątpienia posiada daje jej ogromne wsparcie, a wręcz boskie uwielbienie. Ja sam pewnie nie sprawdzałbym tego w ogóle, gdyby nie fakt, że rok temu wystąpili jako support na festiwalu w Giżycku i podobno tak się spisali, że... na tegorocznej edycji już byli na liście właściwych artystów. Z różnych powodów akurat na nich nie miałem siły się bawić pod sceną, ale oglądałem występ w pozycji siedzącej. No i nieźle grali. Takie dzikusy, jakby mieli totalnie na bani. Psychole. No i ich LP z 2009 roku potwierdza dobitnie to, co zobaczyłem. Suma Styli, czyli Buka, Skor i Mati, zaprasza nas do wejścia w swój inny, nowy świat - w "De Integro".

Jakiś super znawca rapu pewnie by mnie wyśmiał za to określenie "nowy świat". Okej, nie jest to może nic nowego. Inspiracje Magikiem, pierwszym Kalibrem oraz tym wszystkim, kim się Kaliber wtedy inspirował wyczuwa się na pierwszy rzut ucha (aż dziwne, że pochodzą z Gdańska, a nie gdzieś ze śląska). Ale kiedy ostatnio słyszałeś coś w podobnych klimatach? No właśnie. "Księga Tajemnicza. Prolog", "Dom Pełen Drzwi" 3xKlanu, było jeszcze kiedyś coś takiego jak Tuwandaal, czyli dzisiajsze Tewu, no ale to chyba tylko jakaś legenda, nic poważnego od nich nie wyszło. Coś skromniutko, no i kiedy to było? Kiedy rap w Polsce się jeszcze tak naprawdę nie zaczął. Ale wiecie co? Nie nazwałbym twórczości Sumy Styli psychorapem. Nie nazwałbym jej tak JESZCZE, bo jest blisko. W ogóle nazwa zespołu jest trochę nieadekwatna - chłopaki mają jak najbardziej WŁASNY styl, podchodzący pod psychorap i choć podchodzi on też troszkę pod groteskę, to nie zmienia to faktu, że można powiedzieć, iż chłopaki robią rap w sposób niezwykle oryginalny.

Najlepszy z nich jest bez wątpienia Buka. Mimo że to jemu najczęściej zdarza się przekroczyć tę granicę groteski, to też jemu jest najbliżej do wykrystalizowania swojego flow. Na późniejszych solowych "Opowieściach z Miasta Fatum" mocno się poprawił, więc nie ma obaw (a przecież Skor również realizuje się solowo, choćby tegoroczne "Dwie Strony Mocy"). Paranoiczne, nierzadko poetyckie teksty, ciekawy styl oraz mroczny klimat - tak można określić w kilku słowach "De Integro". Bity są może nieco zbyt podobne do siebie, ale stanowią spójną rzecz, która przy odrobinie czasu i chęci może całkiem łatwo wchłonąć nas "w to miejsce, skąd nie ma odwrotu".

Na pierwszy rzut ucha może ciężkostrawny psychorap, który jeszcze psychorapem nie jest w wykonaniu Sumy Styli to coś, z czym zapoznać się warto. Przede wszystkim dlatego, że "De Integro" to dopiero przedsmak. Chłopaki powrócą podobno w 2012, a że powrócą w jeszcze lepszym stylu, jestem o tym przekonany.

Ocena: 4+/6


PS. DwaZera, czy SumaStyli, chuj mnie to obchodzi. Ja piszę normalnie.

sobota, 27 sierpnia 2011

I połowa 2011 - przegląd polskich płyt, ostatnia część

Nie chce mi się już każdej z tych płyt recenzować z osobna, bo prawdę powiedziawszy (dosłownie) tylko jedna na to zasługiwałaby. Ale że jeden z kolegów blogerów już mnie uprzedził, no to mam problem z głowy. Parę słów o reszcie polskich albumów rapowych, które wyszyły... wyłyszy.. ech, za dużo Pana Przyjaciela, już w guziki nie trafiam... WYSZŁY w pierwszych sześciu miesiącach 2011... plus płyta Rafiego, który miał odwagę zrobić to w wakacje. Check it.

DKA - Dekada


Z tego co widzę, to jeszcze garstka osób niby go słucha. Lubię "Marzenia", może jeszcze parę numerów z "Debiutu", ale tak na serio, to jak dla mnie jego już nie ma. Miałkie, nijakie i przede wszystkim nudne.

Ocena: 2/6


Dono - Daj mi wiarę


Swój brak flow i jakichkolwiek skilsów reprezentant Tewu postanowił zasłonić featuringami Mesa, Piha i Pei. Tyle że to nawet nie są featuringi. Koleś promuje płytę ich ksywkami, podczas gdy oni nie rzucili na niej nawet zwrotki - po prostu każdy z nich po jednym razie... powtórzył za gospodarzem refren! No czy to nie jest beka?

Ocena: 2/6


Kritaczi - Jeden z Nas


Członek Hardkorowego Brzmienia. Kolejny brak flow i kolejna nuda.

Ocena: 2/6


Fu - De Facto


Tym albumem Fusznik pokazał, że zatrzymał się w miejscu, a wręcz się cofnął. Po prostu słabizna.

Ocena: 2/6


Dret - Nie oceniaj płyty po okładce


Okej, nie ocenię po okładce, zwłaszcza że nic do niej nie mam. Bity są całkiem w porządku, liryka rozkminkowo-refleksyjna też do mnie trafia. Szkoda tylko, że brak tu umiejętności, charyzmy, no czegokolwiek co cechuje 'dobrego rapera'. Trafiać w bit to nie wszystko. No ale na zachętę trójeczka, żeby nie było że same dwóje. Aha, jeszcze jedno - ponoć jego ksywę pisze się z małej litery. Co to, niskie poczucie wartości, czy inspiracja happysadem Happysadem? No beka, ale ja szczerze mówiąc to pierdolę i piszę z dużej, co by oddać szacunek artyście (a może właśnie nie oddać?)

Ocena: 3/6


Warszafski Deszcz - Prawfdepowiedziafszy


Hose opisał to najlepiej.

Ocena: 4/6


Vixen - Rozpalić Tłum


Rozpalacz tłumów. Lubię gościa, tak samo jak "New-Ton", choć był z tym albumem spory problem. Vixen jest utalentowanym producentem, ale obok totalnych rozkurwiaczy zdarzają mu się też niestety koszmarki, których po prostu nie da się słuchać. Myślałem że poprawi to na drugiej płycie wydawanej pod banderą Rycha. Niestety, dalej jest to samo. Co gorsza - Vixen jakby chciał na siłę udowodnić, że jest równie dobrze raperem, jak producentem, więc zaprosił jedynie Fabułę do jednego kawałka (na 17), a płyta została zmasterowana tak, by było jak najwięcej Vixena-rapera, a bity tylko jako tło. To nie był niestety dobry wybór - tekstowo może i się poprawił, ale flow momentami tak irytuje, że o Jezu. No ale z czystej sympatii i za te tradycyjnie kilka petard - trzy z plusem.

Ocena: 3+/6


Gandzior - Gorące wersy płoną


Ci od Rycha to sami piromani, co im tak z tym ogniem? Nawet Kobra na okładce coś podpalał. Co do płyty - tytuł od razu kojarzy się z błyskotliwą liryką Firmowców, ale mniejsza o to. Jakoś szczególnie źle nie jest, ale... No cóż, to jest Gandzior, i chyba wszystko jasne.

Ocena: 2/6


Kubiszew - Towar z Górnej Półki


Kolejny poznaniak. Jako że najwyraźniej nawet Rychu nie chciał go wydać i ten musiał iść do Fonografiki spodziewałem się wielkiej kupy. Ku mojemu zdziwieniu jednak tej kupy nie ma. Całkiem średni uliczny rap.

Ocena: 3-/6


Rafi - 200 Ton


"Robimy hity" to zajebisty benger zwiastujący dobrą płytę. Oczekiwania jednak wzięły w łeb. Jak się okazuje Rafi nie ma tego pazura i sprytu, jakiego ma Ramona, tematyka kawałków do bólu wtórna, zaś bity... Może połowa jest dobra. Krótko mówiąc: rozczarowanie.

Ocena: 3/6


BONUS

Mroku - Bajki Robotów


Czytając recenzję Hose nie dowierzałem temu, czego się w niej dowiedziałem, ale po kilku odsłuchach zrozumiałem, o co chodzi. Nie można powiedzieć, że to zła płyta, ale... jak na Mroka jest to zawód, że tak powiem, w chuj. Jakby ktoś nie wiedział, premiera płyty w nielegalnym obiegu była 1 czerwca, natomiast od 17 września będzie ją można nabyć w empikach.

Ocena: 4-/6

piątek, 19 sierpnia 2011

Fabuła - Made In 2


"Dzieła Sztuki" nie polubiłem. Wiele osób się tym jarało, a ja, poza dwoma-trzema bengerami, nie widziałem w tym niczego, co by pozwalało mi stwierdzić, tak jak Peja, iż byłby to podobno "debiut dekady". W tym roku Fabulaki powrócili z nową płytą. Pomyślałem sobie, że jeżeli cała będzie brzmiała tak, jak "Proforma", "Życzenie Śmierci" i "Made In Tu", to będę zadowolony. Otóż cała płyta... może nie do końca tak brzmi, ale ja i tak jestem zadowolony.

Fabuła to ziomki z Białegostoku. Bezczel, Ede i Poszwix - trzech typa, do tego ten ostatni robi bity. Na nową płytę do składu doszedł, a właściwie powrócił Konradziwo, którego na legalnym debiucie nie było. Na "Made In 2" Poszwixa w produkcji wspomogli Kixnare, DJ Creon, Sarone, a także O.S.T.R. Jeśli chodzi o bity, to jest jak najbardziej na plus. Mimo że bengerów dorównujących singlom z "Dzieła Sztuki" jest może tylko kilka (ze dwa-trzy), to pozostałe tracki nie odstają wcale aż tak bardzo. Najciekawsze jednak jest to, że najlepsze numery to... te bardziej refleksyjne. "Ziarna Czasu" i "Porozmawiajmy" naprawdę chwytają za serce - zwłaszcza ten drugi, a fakt, że trwa on 6 minut, a i tak chce się go słuchać w całości i się nie nudzi, każe naprawdę bić pokłony dla białostoczan. Nie każdy numer jednak tak ma, bowiem nie można chyba nazwać Konradziwa wzmocnieniem - nie sprawdza się tu powiedzenie "od przybytku głowa nie boli". Za to zdecydowanie wymiata Bezczel i jego wielokrotne ('Hau Hai' - kandydat na zwrotkę roku). Ede i Poszwix mogą irytować swoim flow, ale raczej dają radę. Ogólnie to chyba wiadomo, jakie są cechy Fabuły - raczej uliczny rap, ale nastawiony na mocne bengery, ponadto duży nacisk na technikę, wielokrotne rymy, przy tym nie zatracając sensu merytorycznego - i to się chwali. Goście też w porządku, ale się nie wybijają - Rychu Peja, HiFi Banda i PWRD. No i kobiece refreny we wspomnianych najmocniejszych punktach krążka na pewno dodają im jeszcze większej klasy.

Junajted stejts of beesteoka chłopak, to kocham, ten wokal, jak pokarm, na blokach ma kopa jak koka, popatrz!

Ocena: 4/6

środa, 17 sierpnia 2011

Wywiad z Cirą


Jeszcze nie zdążyłem ochłonąć po pierwszym wywiadzie, dzięki któremu odwiedzaliście bloga jak szaleni, a już mam kolejnego rozmówcę. Zapraszam do sprawdzenia mojej rozmowy z CIRĄ.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Wigor/Trojak - Synteza (trzygroszówka)


Cóż, gdyby ta płyta wyszła z sześć-siedem lat temu może odbiłaby się większym echem. Mor W.A. to historia polskiego rapu... i nic ponadto, co dobitnie pokazało "Uliczne Esperanto" z 2007. Sam Wigor... no cóż, na "Syntezie" grzeszy solidnością i to bardzo. Podobnie jak Trojak. Mam wrażenie, że te bity naprawdę powstały gdzieś z siedem lat temu, bo dziś takie brzmienie, choć zasługuje na dobre słowo, to najzwyczajniej nie ma już brania. Dlatego ja doceniam i daję więcej niż "mocne czszy", jak to dał Jaca, choć w jego recce dobrego słowa wcale nie brakuje.

Ocena: 4-/6

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Chada - WGW


Potrzebne są takie płyty na rynku. Myślę, że Chada nie mógł wybrać lepszego momentu na powrót, a w zasadzie na debiut (!). W 2009 świetnie przyjęty "Proceder", tak że zszedł cały nakład i Step musiał robić reedycję z nową okładką, a teraz 'Wiara Gwarancją Wygranej', trzymająca się na OLIS do tej pory. Te dwie płyty w życiu Tomasza oddzielał wiadomy okres. Dodaje to tej charyzmatycznej postaci autentyczności, a jak ktoś powie, że to nie ma znaczenia, to go wyśmieję. "Proceder" nie byłby tak przyjęty, gdyby nie otoczka karceru, a na nowym albumie refleksji z życia za kratami jest wcale niemało.

Co ja będę pisał - jakie są atuty Chady wszyscy wiedzą. Raperem nie jest wybitnym, nie ma mega skilsów (choć jego ostatnie występy gościnne - mhm), ale wszystko nadrabia charyzmą i emocjami. Niejednemu lamusowi od takich gorzkich linijek, jakie Tomasz serwuje nam na "WGW" się włos na jajach najeży. Szczerość, bezkompromisowość, blablabla - po prostu hardkor z charakterem i tak powinien wyglądać uliczny rap. Osobiście nie jestem fanem takiego rapu, od czasu do czasu posłucham i tyle i szczerze mówiąc oczekiwałem po autorze płyty czegoś więcej, zwłaszcza po mega ficzuringach, ale cóż - najwyraźniej Chada postawił na biografię i treść, a nie na formę. Poza tym, mocnych linijek to tu masz bracie i tak na pęczki, nie masz co marudzić.

Bity podkreślają tylko siłę Chady i tworzą klimat, który każe tę płytę docenić i uwzględnić przy podsumowaniach roku. Wiadomo, ciężki, mroczny, może trochę za dużo tych ogranych po stokroć klawiszy, ale generalnie producenci postarali się i zrobili równą muzykę. Nie uwzględniając remixów, 5 bitów dał L Pro (w większości bardzo dobrze), 4 DJ Creon (dwa świetne, dwa przeciętne), dwie petardy od Busza i po jednej od Szczura, RX, DNA i Chmuroka. Solidne cegiełki dołożyli także Radonis, Fabster i Młody. Ogólnie to płyta może mogłaby być krótsza, ale wyraźnego słabszego momentu tu nie ma. Jako że dużo kawałków, to i gości musiało być dużo, ale na szczęście nie przygnietli oni gospodarza. Muszę jednak niestety powiedzieć, że "Niesiemy Prawdę" rozczarowało. Bit Busza to co prawda rozpierdol, a same nazwy ksywek nie pozwalają zwątpić w ten numer, a jednak... mogło to być lepiej dopieszczone. Przede wszystkim jest chujowy mastering - w ogóle nie słychać wokali, tak jakby to sam podkład miał zrobić hita, a dotyczy to przede wszystkim Gurala, który tą swoją zwrotką odwalił nie wiadomo co. Pezet i Pih w sumie spoko, no, Hukosem się wstępnie jaram, a Sitek to taki tam. Z pozostałych, to świetne refreny Soboty i Braha, dobrze Eldo i HiFi, nieźle Małolat, Ero rozczarowanie, a z Sokołem to samo co w przypadku "A pamiętasz jak" - jakby miał zaraz zasnąć.

"WGW" to pewnie płyta nastawiona na konkretne, acz obszerne grono słuchaczy, a także kolegów po fachu (wszyscy raperzy promują Chadę, WSZYS-CY), ale wszystkich pozostałych również zachęcam do sprawdzenia, bo to kawał porządnego, hardkorowego rapu z Polski.

Ocena: 4/6