piątek, 28 stycznia 2011

Podsumowanie 2010 cz.5: nie-hip-hopowy top 10

W oczekiwaniu na recenzję płytki Szada, która zapewne ukaże się jakoś dopiero po sesji, czyli w połowie lutego, to tak żeby nie robić zbytniego postoju zarówno w mojej aktywności na tym blogu, jak i pod względem jego poziomu merytorycznego, w przebłysku chwili postanowiłem polecieć, że tak powiem, offtopowo. Ktoś by sobie mógł pomyśleć, że ten Kruk to taki ortodoks, tylko "polski hh" i nic więcej. A gdzieżby tam, nic z tych rzeczy, gówno prawda! Oto ranking tegorocznych płyt spoza hh, które przypadły mi do gustu i do których sięgałem częściej lub rzadziej w kryzysowych momentach przesytu i odpoczynku od rapu.

10. Katie Melua - The House




Po tego typu śpiewanki, jak Norah Jones, Katie Melua, Tori Amos, czy np moje ostatnie odkrycie - Sarah Blasko (polecam!), sięgam sobie najczęściej wtedy, gdy jestem wydmuchany jak balon... Chociaż nie, chujowo to napisałem, nie czytaj tego. Po "The House" sięgałem w zasadzie wtedy, gdy byłem NADMUCHANY jak balon, a więc jakby mi ktoś wsadził w tyłek taką długą pompę, nadmuchał helem, po czym odleciałbym sobie do góry i hen daleko, mając w dupie naprawdę wszystko (no może już poza tą pompą, nie rozpędzaj się tak z tym wątkiem). Nałożyć słuchawki, zamknąć oczy, oczyścić głowę ze wszystkich śmieci, które gdzieśtam stały sobie w kącie przez dłuższy czas i swoim śmiałym zapachem dawały o sobie znać, byś w końcu ruszył swoje cztery litery (no dobra, starczy o tych dupach) i je wyrzucił, i polecieć, gdzie tylko ma się ochotę. Co prawda poprzednie płyty Katie były lepsze, ale Melua to Melua - wystarczy że zaśpiewa, a już jest ładnie.

9. Strachy Na Lachy - Dodekafonia




W zasadzie spodziewałem się czegoś lepszego - więcej hitów, więcej humoru, a mniej grafomanii i irytujących tworów w stylu "Nieuchwytni buziakowcy", ale i tak jest nieźle. Mimo że jak dla mnie album trochę nierówny, to Grabaża miło się słucha, no i na szczęście są genialne "Chory na wszystko", singlowy "Żyję w kraju", czy też najlepszy moim zdaniem, kawałek tytułowy.

8. Brodka - Granda


Myślę że dokładnie takiej Brodki oczekiwał polski rynek fonograf... nie, wróć, polska publiczność, polska krytyka i ogólnie cała Polska, a przynajmniej ta normalna muzycznie. Monika ma o wiele większy potencjał niż to, co pokazywała śpiewając rzeczy w stylu "głęboko w środku gdzieś" i ja wiedziałem to od dawna. Myślę, że "Grandą" zagrała trochę na nosie całemu temu gównianemu towarzystwu i mimo że to wciąż jest popem, to jest to na pewno GRANDA dla tych, którym pasowała radyjkowa Monika Brodka. Jest dziwnie, ale nie pretensjonalnie. Jest zabawnie, niewinnie (no, czasami się zdarzy jakaś ejakulacja) i przede wszystkim przyjemnie. Brodka dała nam frajdę, w końcu.

7. Vavamuffin - Mo' Better Rootz



Co prawda spodobał mi się wyśmiewający muzykę reggae numer Tedego "Rewolucja + 22% VAT", zarówno pod względem czysto muzycznym, jak i treściowym, ale słuchając nowego albumu Vavamuffin trochę się jednak nie zgadzam z jego niechęcią i zarzutami w stosunku do tej muzyki. Z tego co udało mi się przeczytać, to "Mo' Better Rootz" zbiera pochwały wręcz gigantyczne. Zwraca się uwagę na jej rozmach, rozwój muzyczny w stosunku do poprzednich albumów oraz, przede wszystkim, na gatunkowy eklektyzm grupy - i bardzo słusznie. Nazwać styl tej grupy mianem "reggae" to stanowczo za mało. I to właśnie w nich uwielbiam.

6. Marika - Put your shoes on / Put your shoes off




Ooo, Marika <3. Tak tak, jej pozytywna energia, jaką z siebie wydaje nagrywając swoje piosenki udziela się w nich w 100%. Czasami z jajem (chcielibyście kiedyś być swobodnym kalafiorem?), czasami z dozą otuchy, a czasami z najzwyklejszym w świecie, a zarazem najpiękniejszym w świecie luzem w stylu Boba Marleya. Przy pierwszych zetknięciach zakochałem się. Myślę, że to dalej potrwa. Aha, druga płyta to bardziej taki tylko niezły dodatek.

5. Bonobo - Black sands




Całkiem świeże, jeszcze nie przechodzone. W podróżach po mieście towarzyszy mi ostatnio non stop. Co tu dużo mówić - piękna rzecz.

4. Gorillaz - Plastic beach




Ooo tak, jestem fanem Goryli. Tego ich niemożliwego do określenia w jednym, a nawet kilku słowach, gatunku, jestem fanem. "Plastic beach" nie zawiodło ani trochę, a Damon i spółka podobno nie próżnują i pracują cały czas. I super, nowych rzeczy od nich mogę słuchać i słuchać, jak Ostre... yyy jak Eisa (?).

3. Massive Attack - Heligoland


Nie mogę powiedzieć, że trip-hopem zajarałem się pod wpływem brzmienia płyty "T.R.I.P." grupy Pięć Dwa, bo MA znałem już wcześniej. Jednak dopiero jakoś ostatnimi czasy stwierdziłem, że warto się w tego typu brzmienia wgłębić, bo to jest czysta magia. Trochę ma coś z czarnej magii, trochę mroczna, no i to jest to, co kruczki lubią najbardziej. Jedyne co bym z tej płyty wywalił, to niektóre męskie wokale (w ogóle dla mnie mogłaby śpiewać tylko niejaka Martina Topley-Bird - cudowne "Psyche" i "Paradise Circus"). Dlatego ogromnie się zdziwiłem, że we wszelkich podsumowaniach muzycznych generalnie "Heligoland" pominięto. Nie pojmuję tego.

2. Novika - Lovefinder




Zupełnie inna Novika niż ta, w której się zakochałem na "Tricks of life", czy choćby na "Feat. Novika". Tym niemniej, równie doskonała. Nowoczesna, innowacyjna, ale to nadal Novika. Nova Novika. Iście międzynarodowy poziom - wysyłając ją w świat, nie musimy się niczego wstydzić.

1. Kixnare - Digital garden




Chciałem tą płytkę wyróżnić jako bonus, miejsce specjalne przy podsumowaniach rapowych, ale Bartkos stwierdził że to nie hip-hop. No dobra, jak nie hip-hop to nie. Podczas gdy Noon stał się Mikołajem Bugajakiem, a Ajron kręci pornosy w Stanach, Kix to w tym momencie najlepszy polski producent hi... ale chwila, to nie hip-hop, tak? Kurwa jego mać, hip-hop nie hip-hop, "Digital garden" to dzieło perfekcyjne. Prawdziwie cyfrowy ogród. Muzyczny ogród. Przepiękny ogród.

środa, 5 stycznia 2011

Podsumowanie 2010 cz.4: mój rock

Z początku chciałem ten rok sobie podsumować uwzględniając podział na miesiące, ale to by było bez sensu zważywszy na to, że w niektórych wydarzyło się bardzo dużo, a w niektórych kompletnie nic (a przynajmniej opierając się na mojej raczej słabo funkcjonującej pamięci). Zatem tylko takie najważniejsze rzeczy, krótko i na temat.

2010 mógłbym nazwać rokiem maturalno-studio.. studn... kurrr.. pod znakiem studiów! Sylwek był udany, co zwiastować powinno również udany nadchodzący rok. Początek nie był jednak za fajny. Przez rozjebaną łapę i jeszcze kilka innych czynników zrezygnowałem ze studniówki. W sumie zbytnio się tym nie przejąłem, tym bardziej że w tym roku mam okazję to nadrobić. :) No ale to osobny temat. Temat numer jeden kolejnych miesięcy to matura. Rzecz jasna nie wykorzystałem tego czasu tak jak powinienem i wyniki były, no co tu dużo mówić, średnie. Ale wystarczyły na dostanie się tam, gdzie teraz jestem, czego też nie żałuję. Kierunek ambitny, uczelnia na poziomie, no i do domu blisko. Także myślę, że to tyle w kwestiach, że tak powiem, przyszłościowych.

No a co poza tym. Mnóstwo straconego czasu, bardziej lub mniej. Częściej na bezmyślnym gapieniu się w ekran. Czasami miast zakuwać do maturki pisałem teksty (o tak, napisałem masę tekstów), ćwiczyłem je do bitów, lub po prostu słuchałem samych bitów. Kilka nagranych numerów z ziomkiem, które i tak trzeba będzie zarejestrować na nowo. Pierwszy występ na żywo, dla garstki ludzi. Pierwsze koncerty jako słuchacz. Hip-Hop Festiwal w Giżycku i Słoń z Paluchem w Białymstoku. Założyłem bloga. Słuchałem rapu. Polskiego, głównie. O tak, mnóstwo straconego czasu.

Nie mógłbym pominąć tematu imprez. Zdecydowanie to był też rok pod znakiem imprez, a już najbardziej w pomaturalne wakacje. Do tego stopnia, że aż momentami coś we mnie się buntowało i dobrych kilka razy zdażyło mi sie odmówić, mimo brak konkretnego powodu. Ale to dzięki nim, tym imprezom, jakby nie patrzeć zaznałem wielu niezapomnianych chwil z najbliższymi. Ach, ach, ach, jak kurwa nostalgicznie, romantycznie i w ogóle. Ok, chyba wystarczy tego.

Faktycznie, jak na mnie to króciutko to wyszło. Dlatego też na zakończenie, trochę postanowień noworocznych.

1. Ograniczam hip-hop - a na pewno ten polski. Bez wątpienia nie zrezygnuję ze sprawdzania nowości z naszego rynku, ale chodzi o zmianę proporcji. Bo mnie już to trochę powoli dusi. O tak, czas na zmiany, czas też na inne gatunki. A już mam całą masę muzyki w głowie. Tak jak Lite, rozkminiam se opcję, że nie jestem hip-hopowcem, choć na pewno nie w takim stopniu, jak on. Bo nie znaczy to rzecz jasna, że blog zmieni swą formułę. Co to, to nie.

2. Więcej książek - jest mnóstwo tytułów, które już mam w głowie, by sie z nimi zapoznać, kilku autorów, z myślą o sprawdzeniu ich całego dorobku. No ile można stać w miejscu, niedługo sie totalnie uwstecznię. Poszerzamy horyzonty, jednymi słowy.

3. Biblia - trochę zainspirował mnie Osiak, trochę się sam zafascynowałem. Moja wiara jest trochę dziwna, wręcz na max pogmatwana. Choć poglądy, światopogląd jest już u mnie uformowany, to tak naprawdę nie jest to nic warte, jeżeli przedtem nie zapoznałało się z Księgą nad Księgami.

4. Nauka francuskiego - a tak jakoś, dla siebie. Języki obce warto znać, a też jeśli o to chodzi jestem kilometry do tyłu.

5. Forma - czas zadbać, nie tylko o tą psychiczną.

6. Używki - na bok fajki, na bok tabaka. From time to time, ale duuużo mniej niż do tej pory. Z alkoholem nie będę już wyskakiwał, bo na studiach to niemożliwe, ale będę się starał ograniczyć. O tak, "starał" to dobre słowo.

No, to by było na tyle, 2010 już definitywnie za nami. Wszystkim tym dobrym ludziom, którzy odwiedzają mnie życzę, aby nawet najgorszy dzień w nadchodzącym (w zasadzie już obecnym) roku był lepszy od tego najlepszego z roku ubiegłego. Pokój.

niedziela, 2 stycznia 2011

Podsumowanie 2010 cz.3: najlepsze płyty

Jakoś tak ładnie się złożyło, że TOP10 w tym roku uformowała się idealnie: tworzą ją płyty dobre, lub bardzo dobre. Bez wyjątków, bez żadnego "ale", bez żadnych wyraźnych zastrzeżeń. W 100% sztywna dycha. Check it.

10. Abradab - Abradabing


Ostrego w tym roku było multum - nie wiem czy te wszystkie projekty, w których miał on znaczny udział, czy to jako raper, czy producent, zmieściłyby się na palcach obu rąk. No może przesadzam, ale na jednej na pewno nie. Czwarty solowy album członka Kalibra wydaje się być najrówniejszą, najbardziej udaną i najprzyjemniejszą w odsłuchu rzeczą w 2010, w jakiej maczał palce Ostrowski. "Abradabing" zbiera same pozytywne opinie, a na pewno przyjął się z większym entuzjazmem, niż "Ostatni poziom kontroli" - poprzednie dzieło Daba. Osobiście - oceniam te dwa albumy jako równie dobre. Nic więcej, nic mniej.

9. HIFI Banda - 23:55


Bezsprzecznie największe odkrycie, wydarzenie, najlepszy debiut tego roku. To właśnie Diox i Hades są dziś najbardziej fresh na polskiej scenie hip-hopowej. Oczywiście, że się jaram ale... nie wiem po co tu Returnersi i Galus, skoro jest będący w fantastycznej formie Czarny, który w przeciwieństwie do tamtych dwóch (a raczej trzech) trzyma tu równą formę. Nie mówię, że któryś bit jest tu zły - wręcz przeciwnie, ale niektóre z nich nieznacznie odstają od całości. Bo tak płytka byłaby zamiataczem. Mimo wszystko - fakt, że Bartkos i spółka uwzględnili ją w światowym TOP50 tego roku wskazuje o wielkiej klasie HIFI Bandy. Teraz czekamy na solówki Dioxa i (przede wszystkim!) Hadesa.

8. Pih - Dowód rzeczowy nr 1


Pihu co prawda nie rozpierdolił tego roku w takim stylu, jak to zrobiła HIFI (mimo kręconych na potęgę kliponów, swoją drogą bardzo przeciętnych), ale "Dowód..." postanowiłem postawić wyżej, gdyż muzycznie jest to zdecydowanie równiejszy album, niż "23:55". Nie przerósł "Kwiatów zła" - to pewne. Pewne jest jednak też to, że w swojej dekadenckiej, mrocznej stylistyce białostoczanin wciąż góruje nad pozostałymi. Nie jest to do końca taki horrorcore (o ile to można tak nazwać... no na pewno się o to ociera), który do mnie trafia w 100%, ale w gruncie rzeczy... jest ok.

7. Don Gural Esko - Totem leśnych ludzi


Kontrowersyjna pozycja. Zbiera tyleż zwolenników, co przeciwników. Sukces komercyjny, zdobyty OLIS i fejm wśród słuchaczy jeszcze większy, niż za sprawą IPC. Z drugiej strony - co poniektórzy recenzenci wytykają, że na tej płycie Don zdecydowanie przesadził z mądrościami. Że na siłę, przekombinowane, i w ogóle co to kurwa ma być. Po prostu - tym razem spróbował polecieć trochę ambitniej (magazyn Aktivist przyznał mu nawet tytuł 'artysty roku'), niż na poprzednich projektach. Można powiedzieć, że mu się to w miarę udało - ja tam lubię jego rozkminy. Zaś pod względem bitów jest to na pewno najmocniejszy album w twórczości Piotra Górnego.

6. Rahim - Podróże po amplitudzie


Nietrudno było przewidzieć, że nie zostanie to należycie docenione. Choć w gruncie rzeczy... też nie do końca tak jest. Spotykam ostatnio coraz więcej fanów Raha, co mnie niezmiernie cieszy, gdyż jestem zagorzałym entuzjastą "Podróży...". Fakt, jest to raczej trudny w odbiorze album, ale jeżeli to by komuś nie odpowiadało, to rekompensuje to jej melodyjność, jaką zapewniają świetne bity oraz po części podchodzący często pod śpiew rap Rahima. Kto jeszcze nie słyszał, zignorował czy cokolwiek, niech żałuje.

5. Duże Pe - Zapiski z życia na terytorium wroga


Hmm, myślę że najtrafniej ostatnio scharakteryzował tą płytkę Northim, zatem odsyłam Was do niego.

4. Pezet & Małolat - Dziś w moim mieście


Podobnie jak TLL, "Dziś w moim mieście" podzieliła słuchaczy. Czołowa tegoroczna pozycja w polskim mainstreamie zebrała trochę głosów krytycznych. Ja powiem tak: zgodzę się, ze trochę Pezio przekombinował i faktycznie można tu znaleźć kilka, że tak powiem, "dziwnych" linijek jak na niego. Brzmienie tej płyty, przy pierwszych odsłuchach też mogło odrzucać, zdaję sobie z tego sprawę. Ale będę jej bronił. Przede wszystkim z tego względu, iż mam lekkie przeczucie, że może się ona okazać w pewnym sensie przełomem na polskiej scenie. Właśnie ów nowoczesne brzmienie albumu, o które zadbał już po raz kolejny wychwalany przeze mnie Czarny, może wyznaczyć nowy kierunek w polskim rapie. Tylko mała wskazówka - Paweł, zrezygnuj albo chociaż ogranicz tego wstrętnego autotune'a! Hmm, coś miałem jeszcze.. Aaa, Małolat! No cóż, jednym słowem: progres. Tak trzymać!

3. Słoń & Mikser - Demonologia


Król horrorcore'u w Polsce. Chuj tam, że tego horrorcore'u poza nim tak naprawdę nie mamy. Zajarałem się Słoniem do tego stopnia, że musiałem sie pojawić na jego koncercie. Co tu dużo mówić - pojebany typ, jak zresztą sam o sobie mówi, ale te wszystkie okropieństwa obrazuje nam w tak genialnej formie, że nie sposób przejść obojętnie. Bezsprzecznie największe skille w kraju. Dodając do tego zajebiste, bujające produkcje Miksera otrzymujemy płytę, która po prostu musiała się znaleźć na podium.

2. Raca - Bobby Fischer


Chyba najbardziej szczera, wręcz autobiograficzna płyta, jaka wyszła w tym roku. Raca to na pewno jeden z najoryginalniejszych raperów w grze, a jego najnowszy album jest... zupełnie inny, niż genialny debiut ze Stoną i DJ'em Ike'iem. Przede wszystkim jest niezwykle smutny i skłaniający do myślenia. Wprowadza nas w pokręcone życie Rafała do tego stopnia, że czujemy się wręcz jego uczestnikami. A to wszystko przez to, że raper niezwykle osobiście traktuje każdego słuchacza. Trochę szkoda, że o bity nie zadbał ponownie Stona, ale i tak jest świetnie. Natomiast to że "Bobby Fischer" znalazł się tak wysoko spowodowane jest przede wszystkim tym, że najzwyczajniej w świecie do mnie trafił.

1. Eldo - Zapiski z 1001 nocy


Ktoś zdziwiony? Myślę, że wątpię. To był zdecydowanie rok Eldo i jego "Zapisków z 1001 nocy". Co tu dużo mówić - najmocniejsza tekstowo i muzycznie płyta tego roku, co nie wymaga raczej dłuższej argumentacji. Numer jeden i koniec imprezy, dziękuję, dobranoc.