poniedziałek, 28 marca 2011

Shellerini - PDG Gawrosz


„Całkiem niezły solo debiut” – w taki oto sposób streszcza zawartość swojego debiutanckiego, legalnego albumu podopieczny Piotra Górnego, członek ogromniastej poznańskiej familii PDG, a także słabsza połówka duetu WSRH – Shellerini. Za sprawą „Gawrosza” Szelka stał się w tym roku dla Guraleski tym, kim dla Rysia Pei i jego RPS Entertayment jest od niedawna Kobra. Z tą różnicą, że „Na Żywo z Miasta Grzechu” wyszła bardzo niewielkim nakładem, lecz nadrobiła to pozytywnymi recenzjami, zaś „PDG Gawrosz” można powiedzieć wręcz ZDOBYŁ listę OLIS (oczywiście biorąc też pod uwagę obecny level, na jakim znajduje się Szelka) osiągając 10. miejsce w drugim tygodniu obecności i utrzymując się w pierwszej trzydziestce do tej pory. Co prawda promocja była dość intensywna, a z ilością klipów kręconych w dość krótkim czasie Shellerini goni pod tym względem Piha. Tak czy siak, można to uznać za niewątpliwy sukces wydawniczy Szpadyzor Records i Gurala strzał w dziesiątkę, że postanowił zainwestować hajsik w swego „kuzyna”. Zaś jak sprawa się tyczy zawartości? Czy sukces komercyjny albumu jest poparty jego muzyczną zawartością? Czy rzeczywiście jest to "całkiem niezły solo debiut"?

Że Szelka potrafi zapodać kozacką zwroteczkę na ficie, to wiadomo. Nie wiadomo było jednak, czy udźwignie ciężar nagrania satysfakcjonującej solówki. To, co na pewno go wyróżnia na rapowej scenie, to charakterystyczna, brudna barwa głosu. Co się tyczy zaś tekstów… no cóż, na albumie niestety pojedynczymi zwrotkami zjedli go kolejno: Słoń (notabene coraz bardziej wtórny), Paluch i Gural. Nie to, że mamy tu do czynienia z jakimś upośledzonym wackiem, ale po prostu... spodziewałem się po nim więcej. Na majku „Małego Szelmę” wspomagają również RR Brygada, Pih, Onar z Kaczorem (zjebali swoje zwrotki dokumentnie), Koni (dobry tekst, irytujący rap) oraz Aifam. Pokusiłbym się tu o stwierdzenie, że „całkiem niezły solo debiut” to bardzo trafne określenie dotyczące rapu na „PDG Gawrosz”. Niezły Shellerini, plus zajebiści i nieźli goście.

W jednym z numerów Szelka stwierdza również, że jest to "płyta singli". Drobne nadużycie moim zdaniem, ale coś w tym jest. To, że tej płyty w sumie „nieźle” się słucha sprawili w dużej mierze producenci, których bity w większości świetnie współgrają z chrypliwym rapem gospodarza. Najwięcej cegiełek, bo aż 6, dołożył mistrz Donatan (pierdolnięcie w postaci „Mechanizmu Bragga” oraz „Wstań i idź”). Jak zwykle spisali się również Mikser, DNA i RX, swoje zrobili także DJ Story, Muggin, znany ze swoich syntetycznych faz Julas (który jednak poszalał tylko pod koniec swojego numeru, taka syntetyczna solóweczka) i Grant. To, co może też cechować w sumie całkiem spójną, mocną (nie, nie napiszę "niezłą") warstwę muzyczną, to powiedziałbym takie trochę śmieszne patenty na podkłady - mam tu na myśli np. wah-wah w "Elemencie zaskoczenia", czy też totalnie "dziki" bit do "GRA" DJa Story. Nie jest to wadą, broń Boże. Przeciwnie, brzmi to ciekawie i... (no kurwa, jednak muszę to znowu napisać) po prostu nieźle.

"PDG Gawrosz" to, powtarzając się po raz kolejny, "niezły" rap na krajowym poziomie, który możesz sprawdzić ziomie. (Ale kurwa tyle ile tu jest odmian słowa "fyrtel" to chyba nie ma na wszystkich łącznie rapowych płytach poznańskich.)

Ocena: 4-/6

sobota, 12 marca 2011

Fokus - Prewersje


W chwili, kiedy piszę tę recenzję, tuż obok mojego laptopa leży sobie książka Macieja Pisuka o zielonej okładce (chyba nie muszę mówić co to za książka, a jak muszę, to i tak nie muszę, weź wpisz se w gogle). Przyznam, że jeszcze jej nie czytałem (poza wstępem), ba, nawet nie zamierzałem jej czytać, aby nie psuć sobie zabawy z oglądania filmu (spojlery i wszystko co z tym związane - nienawidzę), którego scenariusz stanowi właśnie ów literacki twór Pisuka i który podobno już niedługo (to pojęcie względne) ma się ukazać. Nie wytrzymałem jednak, pożyczyłem od kumpla, który ma owąż w posiadaniu i już wkrótce zamierzam ją pożreć.

Autor recenzowanej tu przeze mnie płyty jest, było nie było, jednym z bohaterów tejże książki i jego postać będzie wykreowana na dużym ekranie przez aktora wyłonionego podczas castingu. Bez czytania, bez oglądania, mogę stwierdzić - będzie to bohater DRUGOPLANOWY. Umówmy się, taka prawda. Może nie będzie to film o Magiku, ale no sorry, bez Magika nie ma Paktofoniki. Kaliber 44 bez niego co prawda funkcjonował, ale tylko na jednym krążku (ha, nie zastanawialiście się nigdy nad tym?). Może istnieć Molesta bez Wilka, Zip Skład bez Jędkera, Kabaret Moralnego Niepokoju bez Kasi Pakosińskiej - :( - ale Paktofonika umarła wraz ze śmiercią Magika. Zresztą, wszyscy doskonale znają historię tego zespołu, zdają sobie sprawę jak ważną dla rapu postacią był Mag, wiedzą jakie wydarzenie będzie stanowiło główny punkt filmu, wokół którego wszystko się będzie toczyło i nie ma tu co więcej na ten temat pierdolić. Zastanawia mnie inna rzecz. "To nie Paktofonika, więc zostawcie Titanika" - tak rymował Fokus na swojej ostatniej, przez sporą rzeszę słuchaczy zjechanej płycie "Alfa i Omega" (ja tam ją oceniam na plus). No i proszę bardzo, zostawili. Wraz ze swoim ziomkiem Rahimem wydają sobie płyty, prowadzą własne wytwórnie i jakoś nikt na nich nie wywiera presji, czy to co robią dorównuje czasom "Kinematografii". Tak jak Pezet odczuwa coraz bardziej porównywanie tego co dzisiaj robi do projektów z Noonem, tak członkom PFK udało się niemal całkowicie odciąć od przeszłości i nie ciąży to na nich w ogóle. I tak, mamy udaną (moim zdaniem) "Alfę i Omegę", świetne "Podróże Po Amplitudzie", plus jakieśtam psycho eksperymenty i producencki projekt "Dynamol" Raha, oraz najświeższą rzecz, czyli "Prewersje".

Przydłużyłem tą reckę za chuja niepotrzebnie długim wstępem, więc streszczę się. Płytka jest stosunkowo krótka - tylko 12 numerów, więc niech i będzie krótko. O, to skoro jest 12 tracków, to spróbuję ją opisać w 12 punktach, dzieląc je na plusy i minusy (ha, sprytny follow up, nie?):

+ Po pierwsze, primo, Smok podobnie jak Strah na PPA, nie robił sobie tym razem bitów. Wyłączył Fruity Loopsa, wszedł na portal z kreską, wyłączył portal z kreską, wszedł na google, obczaił kto teraz jest na topie i kogo wypada mieć na płycie (Returners, O.S.T.R.), zaklikał do Jajonasza, powiedział że robi solówkę i zapytał czy nie ma jakichś odrzutów, co nie weszły na "Czarne Złoto", ten mu odpisał że jasne, potem włączył TV w poszukiwaniu inspiracji, a tam wojna o krzyż, Komorowski, więc pomyślał sobie: wezmę bity od Whitehouse'ów - i tak to udało mu się nazbierać (ledwo) 12 bicików. Sam fakt uznaję zatem za plus, jako że AiO dostała dzięgi właśnie za ów radosną, FLową twórczość Wojtka.

+ Po drugie, primo. Całej tej grupie producentów udało się stworzyć równą, spójną, nowoczesną, dobrą muzykę. O bity więc nikt już się nie będzie pruł - marki mówią same za siebie.

+ Tematyka, czyli o czym by tu napisać... No są zamulaszcze rozkminki, jakieś "Lamenty", ale i też są numery nastrajające pozytywnie, ze dwa okołobraggowe, jeden o tym jak to jest być VIPem, jeden o wypierdalaniu stąd do innego kraju (co popularne ostatnio)... Nie no spoko, raczej nie ma się co przyczepić.

+ Teksty. Nawet ciekawe, dobrze poskładane (choć czasami nazbyt pokrętnie), aczkolwiek przez prawie cały album Fo do tematów podchodzi raczej prosto, bez poetyzowania. Ale do czasu - absolutnie świetne lirycznie "Sny" i "Definicja" z dojebaniem kończą album, podczas gdy przecież większość hip-hopowych płyt pod koniec raczej zamula i skłania do wyłączenia sprzętu.

+ Technika. Znowu na "T". Trzymając się konwencji szukałem jakiegoś epitetu - i znalazłem, jest nawet kontekst mitologiczny. TYTAN! Fokus jest tytanem, jeśli chodzi o flow w Polsce. Może brakuje tu kawałków-potentatów na klasyka, jak "Powierzchnie tnące", ale graczy na scenie nadal niewielu jest lepszych, bądź choćby mu dorównujących.

+ Goście. A w zasadzie ich brak. Tych rapowych. Gutek i Losza Vera śpiewają w moich ulubionych utworach, więc raczej na plus. Tylko te "podejdź tu, jestem hardkoreeeem" - ojjj, kłuje.

+ Faworyci - będzie po jednym na każdy punkt, bo nie chce mi się silić na coś innego. 12 to za dużo jednak. Poza tym, to kwestia czysto subiektywna, każdy może wstawić sobie co innego. A więc: potentat na singla "Cytryny", ...

+ ..."Wszystko będzie dobrze", ...

+ ..."Sny" i ...

+ ..."Definicja".

- "Lubisz to" - dziwny utwór. Patrząc na tracklistę już się domyślałem, na jakim patencie będzie on oparty, ale wyszło to średnio. Jeszcze refren jak refren, ale po jaki chuj rapować dwa razy tę samą zwrotkę? Zwłaszcza, jak nie jest ona wcale taka świetna, w porównaniu do choćby świetnie zarapowanych "Prewersji".

- "6ścian" - klimat i tematyka kawałka bardzo mi bliska, ale zbyt trywialnie do tego Fo podszedł. No i ten refren... "Wyobraź sobie sześcian, a w środku siedzi Fokus." Po co ja mam to sobie wyobrażać? Wers głupi jak but, bo to proste jak drut.

Podsumowanie? Żadnego mądrego, analityczno-statystycznego nie będzie, ocena końcowa zawsze na czuja. I tak się chyba powinno robić. No bo dobrze słucha się "Prewersji".

Ocena: 4/6

niedziela, 6 marca 2011

VNM - De Nekst Best


Król podziemia wychodzi na legal. Wszyscy wiedzą, co to oznacza. Roz-pier-dol. Co prawda określenie "król" w tym przypadku nie może odnosić się obiektywnie do jednej, konkretnej osoby - dla wielu królem jest Smarki, Wudoe (niedługo płyta, pamiętajcie), Jimson, czy też Reno, a może jeszcze ktokolwiek inny. W każdym razie - VNM zaliczał się do grona czołówki polskiego undergroundu. Tak, dobrze powiedziałem, zaliczał się. Bo teraz, moi drodzy, VNM = mainstream. I zawartość "De Nekst Best" dobitnie to potwierdza.

Nie ma co gadać, Prosto zna się na promocji, a Fał potrafił jeszcze bardziej rozbudzić i tak już wielgachne i rozbuchane oczekiwania. Psychofani musieli aż czyścić monitory po swoich ekspresyjnie oddawanych zmazach wyrazach zadowolenia podczas kolejnych odsłuchów singli zapowiadających tę oczekiwaną z czasem przez coraz większą ilość słuchaczy płytę. Jak mówisz "fał en em", to myślisz sobie tak: oryginalność, wypracowany przez lata wyrazisty styl, doskonała technika, ciekawe rymy, oraz przede wszystkim, mega punchline'y. A gdy jeszcze odejmiesz od tego zarozumiałość, agresję i przesyt braggadocio, co możesz znać z "Na szlaku po czek" lub "Niuskul Mixtape", wtedy otrzymasz "De Nekst Best". Podstawowa różnica między oficjalnym debiutem, a poprzednimi, podziemnymi produkcjami - nadmierną butę zastępuje zwyczajna pewność siebie. Pewność człowieka, który na swojej drodze pokonał niejedną przeszkodę, miał też niejedną chwilę załamania, lecz ostatecznie osiągnął to, co od początku było jego celem. Na tym też opiera się w dużej mierze ta płyta.

Przeszłość rapera, wszystko to, co można uznać za genezę sukcesu, którym jest rozpierdolenie tej sceny za sprawą tegoż zajebistego legalnego krążka, stanowi jego główną oś. Wystarczy spojrzeć na tracklistę: "To mój czas" jako swego rodzaju autoprezentacja i wyraz świadomości własnej wartości; "Mikrofon 2" czyli streszczenie tego, co się działo u Tomka w ciągu ostatnich pięciu lat; "Róże betonu", klasyczny kawałek o spełnionych marzeniach; "Podziemie" - chyba nie trzeba tłumaczyć; "K2", czyli metaforycznie zobrazowana kariera rapera jako górska wyprawa na szczyt. Oczywiście, nawijanie o tym "ile to ja nagrałem płyt w podziemiu, a teraz w końcu nagrałem legala" nie pochłania tematycznie całego albumu. Co sam autor wielokrotnie podkreślał w wywiadach, główną jego ideą było pokazanie się z jak najszerszej strony, albo inaczej - z jak największej liczby stron, jako raper potrafiący nawijać nie tylko o tym, jak to Cię rozjebie na majku. No i można powiedzieć, że mu się to udało - mamy doskonałe storytellingi ("Widzę ich" - no jak chuj szkoła Sokoła, co słusznie zauważyli internauci komentujący na jutube), mamy jednego bengera ("Flaj" jednak niestety nie zostanie następcą "Zrób To", a to przez spartaczoną robotę Volta), mamy też kawałki bardziej bekowe, czy też jakieś smutnawe życiówki, zaś jeżeli już są braggi, to mają one konkretny zamysł (słynny "Cypher"). Tematyka jest satysfakcjonująca, podobnie jak forma jej podania - VNM czuje całym sobą każdy tekst, jaki rapuje i kiedy ma rozbawić - rozbawi, kiedy ma kopać w głowę - kopie, kiedy ma Cię zmusić do refleksji, to Cię kurwa zmusi i tak dalej. Tak jak już wspomniałem, to gość o skillach, których większość sceny może mu jedynie pozazdrościć. Antyfani zarzucają mu co prawda nieco komiczne porównania (przy okazji, jebać rappudelka), jednak na pewno nie są one już tak komiczne, jak na NSPC, a przeciwnie, mają moc, są błyskotliwe i jest ich naprawdę sporo (osobiście lubię nawet te "komiczne" pancze, zazdrościcie mu po prostu barany, że sami byście nie wpadli na choć jeden taki patent, których on ma dziesiątki). I tak jak z początku mogła irytować jego maniera rapowania i nieco kulejąca dykcja, tak tutaj nie stanowi to żadnego ubytku w jakości "De Nekst Best".

Może teraz trochę o gościach, co wspomogli nieco Tomasza na majku. "Cypher" rozjebał i kropka, a że wyobrażałeś sobie chuj wie co, to już Twoja brocha. Pezet wraca do pełni formy po budzącej wątpliwości w tej kwestii płyty z Małolatem, Pysku jak zwykle rozkurwił, podobnie zresztą jak i Typ. Poza tym, Diox z Hadesem dali mistrzowskie zwrotki (szczerze mówiąc nie spodziewałem się ich na tym albumie, ani tym bardziej, że z gospodarzem będą stanowić aż tak fantastyczne połączenie, ale to w końcu dwa najmocniejsze ogniwa Prosto), Włodek bardzo w porządku, zaś Niger i Boxi to bardziej takie dwa gorsze klony VNMa (jeden bez techniki, ale z dobrą zwrotką, drugi zaś odwrotnie). Co do śpiewanych refrenów... Nata miewała lepsze momenty, czy to na "Na szlaku...", czy "Niuskulu", z kolei Tomson, choć da się go słuchać, to tym głosem podchodzi bardziej pod pedalskie Backstreet Boys, niż r'n'b. A, byłbym zapomniał. Okazało się, że nawet gospodarz potrafi zanucić jakiś refrenik.

Bitmejkerzy. Mamy różnorodność, bo kilku ich tu jest. Przede wszystkim kojarzony z Venomem, związany z jego twórczością od dłuższego czasu Kazzushi, który moim zdaniem jest obecnie jednym z najoryginalniejszych polskich producentów i jeżeli stworzylibyśmy już tę szufladkę z podpisem "niuskul", to byłby jednym z tych do niej wrzuconych, bez wątpienia. Dał on na DNB cztery bity - surowe, mocno elektroniczne, ostre, powiedziałbym nawet - nie-hip-hopowe. Z kolei bardzo hip-hopowe, czysto samplowane produkcje zapodał niejaki Kudel, który na płycie znalazł się... przez myspace'a. Dwa bardziej melancholijne podkłady dał RX, również dwa dał 600V ("Placek" jest git, ale co to ma być te "Flaj" to ja nie wiem, jak on zamierza produkować takie bity jak ten, czy "Zejdź w dół" z niedawnej płyty Jareckiego i BRK, to niech lepiej już sobie da spokój), oraz po jednym: Yogoorth (świetny singiel), Czarny (mój faworyt, jak zwykle), Denver, Donde oraz Resbit. Ogółem - warstwa muzyczna jest dobra, a nawet bardzo dobra, lecz chyba brakuje jej tego czegoś, co mogłoby zrobić z "De Nekst Best" płytę-klasyk. Choć może się mylę, w sumie to akurat czas pokaże.

Podsumowując, oficjalny debiut VNMa jest mocną, mainstreamową pozycją, która raczej nie zawiodła oczekiwań i już można o niej powiedzieć jako jednej z najważniejszych płyt 2011 roku.

Ocena: 5-/6

środa, 2 marca 2011

Szad - 21 gramów


Znacie Szada? Ej, ale nie, żadnego tam „Szada Akrobatę”, tylko Szada. Tak jak żadnego „Krisa Pastora”, tylko Krisa. Nie czaicie mnie, wiem. No ale na pewno znacie Szada, tego od „Suczek” i „Dla mnie masz staja” też. Co, już zapomnieliście? A niech was chuj jakiś trafi, a Kuszczakowi wciąż wytykają gola strzelonego przez bramkarza. Też mi coś. Nie rozumiem ludzi, nikt mnie nie rozumie, idę se skoczę z bloku ;( zw. A, czekaj, tylko napiszę tą recenzję.

Ten drugi człon swojego przydomku to on sobie dodał zapewne dlatego, by nie być mylonym z kanadyjskim MC – Shadem. To do czego ja się przypierdalam, już sam nie wiem. Do meritum. Fraza „akrobata”, jakby nie paczać, jest w tym wypadku bardzo akrobatna, znaczy się adekwatna. Mianowicie ów pierwszy z trójki dżentelmenów tworzących 3W, który zdecydował się na nagranie solowego albumu, swoim aparatem gębowym potrafi wykonywać przeróżne trudne figury, o których większości polskich raperków się nawet nie śniło. Te wszystkie twistery, przeskoki i poczwórne, podziesiętne, po-X-etne salta, jakie wykonuje Szades swym ozorem (który to btw eksponuje w 3/4, słownie trzech czwartych, okazałości na froncie okładki – może to miało właśnie znaczyć te wymyślne akrobacje, wyszło zaś z deka zjebanie) na pewno budzą podziw, tak jak by się oglądało pokaz w cyrku bądź jakieś zawody akrobatyki sportowej. Jednak ta dyscyplina ma to do siebie, że ma budzić zachwyt jedynie nad fizycznymi popisami tychże artystów. Ściślej – jest to sztuka dla sztuki. I właśnie, rap Szada to takie bardziej popisywanie się, no i głębszych treści za dużo w tym nie ma. Albo inaczej – jeżeli Szad zamierzał ją tu umieścić, pośród wielokrotnych rymów i skrupulatnie poskładanych słów, to mu się to niezbyt udało. Albo jeszcze inaczej – jeżeli ona tam jest, to słuchacz po prostu nie ma ochoty jej szukać. Raper bowiem rymuje tu zdecydowanie za szybko, aby była możliwość skupienia się na tekście i raczej woli podziwiać jego, wspomniane już, popisy akrobatyczne. Przerost formy nad treścią? Myślę, że można to tak określić.

Za warstwę muzyczną (dodajmy, bardzo udaną) „21 gramów” odpowiada w dużej mierze DJ Creon (10 numerów plus intro i skit), ponadto 4 podkłady dał Amat, 3 Bedwaem, oraz 2 (w tym outro) Dj Phast. Płyta zatem brzmi bardzo spójnie, oparta na samplach, ma mocno oldskulowy klimat (dużo jest skreczy, o tak, zdecydowanie dużo jest ich), nieco ponury, z lekką nutką mroku. Trzeci Wymiar po swoich hiciorach bowiem mocno się wystraszył sukcesu i związanego z nim piętna hip-hopolowców, dlatego odbił w bardziej mroczne, samurajskie klimaty. Zostało chłopakom wybaczone. Nowa płyta Szada utrzymana właśnie w takim klimacie jest udaną solówką. Tak jak to Lite stwierdził mniej więcej w swojej recce – do parokrotnego przesłuchania, i nawet jest z tego przyjemność. Tylko faktycznie mogłaby być trochę krótsza. 15 gramów byłoby ok.

Ocena: 4-/6