piątek, 29 kwietnia 2011

Joteste - Ulice w Ogniu


JST. Albo Joteste. Dla nieobczajonych w temacie - to ten ziomek, o którym nawijał Zeus na swoim "Albumie" w kawałku "Mój brat". Czyli jest to brat Zeusa. Spoko, w tamtym roku Małolat za sprawą "Rodzinnego Interesu" "Dziś w Moim Mieście" w końcu przyznał się, że jest Pezeta bratem, no i teraz kolejny brat rapera (Emil Blef też coś kiedyś o tym nawijał) postanowił, że też chce. Właśnie jakiś czas temu podczas słuchania starszych numerów Pierwszego Miliona zastanawiałem się, kiedy ta słabsza połówka owego składu zdecyduje się coś wydać. No bo chyba nie jest ona aż tak przybita tym, że nie jest tak dobra jak jego kolega, znaczy się brat, czyli lepsza połówka, żeby się schować w kącik i udawać, że nie istnieje. W sumie chamsko, że Pan Olimpu nawet na płytę braciszka nie zaprasza, bo chce być jak O.S.T.R. i sam sobie robić bity i pisać teksty (choć Ostry akurat wszystko z neta bierze tak naprawdę, a Zeusa jedzie za samplowanie mp3, i kurwa weź się w tym połap).

Rzecz jasna żartuję sobie z tym bratem, choć kiedy słucham albumu "Ulice w Ogniu" nie wydaje się to takie wcale oczywiste. Odnoszę wręcz wrażenie, że ten Joteste to taki słabszy Zeus - głos i flow bardzo podobne, tylko nieco wolniejsze, wręcz flegmatyczne (jakby przez nos nawijał), podczas gdy Zeus na nowej płycie jedzie technicznie jeszcze mocniej, niż poprzednio. Nadrabia to jednak solidnymi tekstami, no i przede wszystkim tematyką kawałków. Nie ma tu schematu typu: napiszę kawałek o rapie, że muzyka jest moją pasją, jakieś braga, do tego coś mądrego o życiu, o melanżu, o jakimś gównie i płyta gotowa. Album brata Zeusa jest o czymś, że jako przykład podam "Ćpuna", który jest numerem o... paleniu szlugów. Pod tym względem postarał się i to godne pochwały jest na pewno.

Bitami zajął się nie kto inny, jak sam Dzeus (w szkole mnie uczyli, że takiej formy też się używa). Uważam, że jest to jeden z najbardziej kreatywnych producentów w PL, a dla mnie osobiście jest jednym z ulubionych. "Ulice w Ogniu" tego poglądu na pewno nie zmienią, ale... Cóż, powiem tak. Gdyby sam postanowił nawinąć pod te bity, które dał srelowi, byłby to gigantyczny krok wstecz, a wręcz rozczarowanie roku. Nawet takie jak "Zagubiony", czy "Pokolenie", które są przecież super bitami, na nowej płycie Zeusa byłyby już tym samym, co słyszeliśmy na poprzednich krążkach. Choć na pewno dałoby się wskazać wyjątki (rewelacyjne "Zero Łez"). Ogólnie można powiedzieć, że warstwa muzyczna płyty jest solidna, z kilkoma wyżej wspomnianymi przebłyskami Zeusowego geniuszu i nic ponadto. Widocznie Kamil uznał, że na Joteste to wystarczy.

Wydane całkiem niedawno nakładem zaprzyjaźnionej z chłopakami wytwórni Fandango Records (swoją drogą, ciekawe czemu nie w Embryo) "Ulice w Ogniu" są lekkim zaskoczeniem. Spodziewałem się czegoś słabego, a dostałem przyzwoitą płytkę i na pewno nie będzie wstydu, kiedy podczas koncertu Zeusa od czasu do czasu poleci kawałek jego hype'mana.

Ocena: 4-/6

środa, 27 kwietnia 2011

Haju/Złote Twarze - Międzyświat


Sporo się dzieje we Wrocławiu ostatnimi czasy. A przynajmniej biorąc pod uwagę wcześniejszą aktywność tamtejszej sceny, bo teraz to można powiedzieć, że COŚ się dzieje, a jeszcze do niedawna nie działo się praktycznie nic. Kiedyś to tylko Waldek Kasta, Tymon, może jeszcze niszowy Sfond Sqnksa i w sumie nic więcej. W porównaniu do innych dużych miast 71 zawsze było jakieś ciche, ale trzeba przyznać, że w ostatnich miesiącach zaczęło wychodzić coraz więcej dobrych płyt ze stolicy Dolnego Śląska. Wychylili się Jot, Łozo (truskule w pinglach bardzo lubią, ja tam średnio), Tede przygarnął do swojej wytwórni Verte i jego Wice Wersa, pojawili się Człowień z Shotem (najpierw solówkami, a potem wspólnie), a ostatnio także wypłynął na powierzchnię pewien projekt stworzony przez trio MC-duet producencki - Haju/Złote Twarze zatytułowany "Międzyświat".

Haju Hajs to członek Pepe Squadu, który współtworzy wraz z Rekordem (zapewne niedługo też wypłynie na szersze wody) i Roksonem. Szczerze mówiąc poznałem go dopiero na albumie Człowienia i Shota i wtedy mnie wcale a wcale nie zainteresował. Do płyty podszedłem zatem bardziej z myślą o produkcjach Złotych Twarzy, którzy dali dobre bity na świetną solówkę Pyskatego, a co do Haja nie robiłem sobie większych nadziei. Błąd niesamowity. Po byle jakiej zwrotce gościnnej na "Do Zobaczenia Później" raper zaserwował mi długi, konceptualny materiał przepełniony całym mnóstwem szczerych, gorzkich refleksji i wyrazów najzwyklejszych ludzkich frustracji, a jednymi słowy - rap na totalne zamulenie. Sformułowanie to ma wydźwięk negatywny, owszem, dlatego też go użyłem. Bowiem zaleta to czy wada - mam z tym nie lada problem, ponieważ dla każdego to kwestia gustu. Do mnie taki rap trafia, ale dla niejednego to może być lekko przesadzona zamułka, gdyż utworu, który można by nazwać wesołym, praktycznie tu nie ma.

Smuty Haja uwypuklają na domiar wszystkiego produkcje Goldena i Beztwarzy. Można tu na porównanie przywołać pewnego producenta o ksywce RX - mistrzostwo w wyszukiwaniu najsmutniejszych sampli. "Złote pyski" zaczynają płytę rewelacyjnie, za sprawą "Drugiego Brzegu", potem nieco obniżają ton, ale jest równo, z kilkoma mega-wybiciami (instrumentalny kawałek tytułowy), i tak samo smutno. Płyta bez wątpienia ma klimat, który może być momentami nieco przytłaczający i niezbyt zachęcający na wielokrotne jej zgłębianie. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest to najcięższa płyta od czasów "Mrocznych Nagrań" Mroka. Pod względem muzycznym raczej nie ma szans jej przebić, choć kilku słuchaczy na pewno znajdzie. Tak myślę.

Dobrze, że zaczyna się ten Wrocek bardziej wychylać. "Międzyświat" to kolejna, po "Do Zobaczenia Później" udana próba udowodnienia, że w 71 potencjał tkwi wcale niekoniecznie dużo mniejszy, niż gdzie indziej w PL. Smutna to płyta, na smutnych bitach, a Haju, choć żadna z niego ofiara losu, a całkiem dojrzały, zwykły ziomek z osiedla zaskoczył dobrymi, smutnymi tekstami. Myślę, że nie będzie ten album żadnym objawieniem, nawet na Ślizgu (choć nie wchodzę tam, he he, więc mogę się mylić), ale docenić trzeba.

Ocena: 4/6

piątek, 22 kwietnia 2011

Slums Attack - Reedukacja


Szum nie ustaje. Do niedawna jeszcze wszędzie trąbione było, że Peja jest be, bo nie lubi jak go ktoś wkurwia (a Ty lubisz?), teraz z kolei już Peja jest zajebisty. I dalej jest głośno. Wywiady-wywiadziki, ochy i achy nad "Reedukacją", no ale co tu się dziwić - tron OLIS, platyna, rzesze szalonych fanów, koncerty na których "żadna kurwa nie pokaże mu już środkowego palca" (byłem niedawno, mega), no i przede wszystkim, wybielony wizerunek medialny. Pal licho, czy to wynik zamierzonych starań Ryśka, czy naturalna kolej rzeczy, bo - naturalną koleją rzeczy - zasłużył sobie na to jak nikt. Ktoś mógłby powiedzieć, że po tym, jak jeszcze wylewano na niego hektolitry pomyj w związku z wiadomą sprawą, w tym momencie mógłby na nich wszystkich wypiąć dupę i powiedzieć: "nie potrzebuję was" (może w trochę mniej grzecznej formie), ale po co miałby to robić? Dla Rycha tylko w to graj. Dziś Peja jest zajebisty, bo to się opłaca - każdemu, nie wyłączając samego zainteresowanego.

Czy Rychu jest teraz bardziej osobą publiczną, niż raperem? Nigdy kurwa w życiu. Jest osobą publiczną, bo jest zajebistym raperem. W przeciwieństwie do swojego antagonisty Jacka G. potrafi iść do przodu i dać jeszcze lepszy, bądź przynajmniej tak samo dobry rap jak kiedyś. Przyznaję, że przy "Stylu Życia G'N.O.J.A." zwątpiłem trochę w Rysia (choć wcale nie była to zła płyta), ale kolejną "solufką", a teraz "Reedukacją" udowodnił swoją wielką klasę. Dojrzałość, doświadczenie, mądrość (ale nie tanie moralizatorstwo), a przy tym cały czas taka sama bezkompromisowość, no i przede wszystkim umiejętności - nie jest przypadkiem, że Ryszard jest tu, gdzie jest. Teksty na tej płycie na pewno zaskoczą niejednego - otóż, moi drodzy, Peja nie pije, nie ćpa, beszta groupizdki, neguje przypadkowy seks i gangsterskie życie, a przestrzega przed swoimi błędami i podbudowuje moralnie. Świadom własnej wartości daje nam taki rap, jaki godny jest weterana, który na scenie obecny jest od samego początku.

Wiadomo, nie jest to solowa płyta, a płyta pod szyldem 'Slums Attack'. DJ Decks jak zwykle dał radę - stworzył bardzo klasyczne, równe tło dla popisów swojego funfla. W zasadzie ciężko tu wskazać jakiegokolwiek faworyta (no dobra, masz "Oddałbym") tudzież najsłabszy punkt - ów równy poziom muzyki na "Reedukacji" jest jej bardzo istotną cechą. Pewnym elementem owego "tła" dla Rycha są tu również goście. Generalnie jest spoko. Ostry z Jeru to jakaś masakra (szkoda wielka, że nie ma Devina na "Kandydatach...", po D.I.T.C., Masta Ace i Evidence mielibyśmy kolejną gwiazdę... odhaczoną, btw całkiem przypuszczalna jest obecność Redmana na nowej płycie Soboty), obcokrajowcy na "Subliminale" również na plus, Kali (ten z Firmy, choć w Firmie go już nie ma) dał dobry refren, a nieznacznie słabiej wypadła K8. Co do "Głosu Wielkopolski" powiem tak - dobrze, że Ramona (zaskoczenie, ogień!) i Paluch (w aż dwóch kawałkach wystąpił) jako pierwsi dali zwrotki w tym kawałku, to nie trzeba przewijać. No dobra, w sumie jeszcze fajnie jest znów usłyszeć Glona. Na "Głosie Wielkopolski 2" z kolei bardzo chciałbym usłyszeć WSRH i Gurala, to by był ogień dopiero.

W jednym z wywiadów pewien internauta zadał pytanie, czy na następnej "solufce" będzie kawałek p.t. "Na Szczycie", jako kontynuacja "Na Dnie" i "Na Powierzchni". Szkoda, że na "Księcia" będziemy musieli dłużej poczekać (bo przedtem jeszcze zapowiadane jest "Całkiem Nowe Oblicze 2"), gdyż moment na taki kawałek jest wręcz idealny. No, ale nie ma co się martwić, najprawdopodobniej ten moment potrwa jeszcze ohoho! Nawet w przypadku kolejnych beefów (co jest baardzo możliwe przy temperamencie Ryśka) jestem przekonany, że Peja bardzo dużo zyskał w oczach wielu osób, a słuchaczy przede wszystkim. PR PR'em, ale ważne jest to, że na pierwszym miejscu cały czas pozostaje muzyka. I tego się trzeba trzymać.

Ocena: 4+/6

sobota, 16 kwietnia 2011

Dwa Zera - Płyta z Czarnych Płyt


Będąc ostatnio złośliwy do granic, recenzując tę oto płytkę nie mógłbym nie zacząć od... rzecz jasna nazwy zespołu. Ale miejmy to już za sobą: NO KURWA JAK MOŻNA TAK NAZWAĆ ZESPÓŁ ZŁOŻONY Z DWÓCH MC'S???? DWA ZERA???? Strzał w stopę już na starcie. Ja na przykład będąc Rakiem lub Tomasiną bezwzględnie bym zaprotestował przeciwko takiemu pomysłowi. No ale już parę nielegali poszło w przestrzeń, więc co zrobisz, nic już nie zrobisz. Widocznie zarówno jeden, jak i drugi (w skład grupy wchodzi jeszcze DJ Wojak) zgadza się z tym, że jest zerem. Okej, ich sprawa.

Lepsze (albo gorsze) jest jednak to, że na ów debiutanckim legalu panowie jakoś nie mają zbytnio ochoty nam udowodnić, że nazwa grupy wcale nie musi być adekwatna do prezentowanego przez nią poziomu na majku. No może nie jest tak tragicznie (w końcu to legal, i to wydany w Prosto), jednakże obydwaj mają, umówmy się, raczej średnie teksty i nie nadrabiają tego nawet flow, które choć charakterystyczne, to nieco nudnawe. Zdarzają się fajne przebłyski dobrej formy w postaci "Cyrku" oraz fantastycznego singla "Widzę gwiazdy", jednak występują przy tym również momenty wręcz żenujące ("zaraz się zeszczam, jak sikać nie zacznę" - track 12 do skipu za każdym razem), co nie wychodzi na dobre obydwu "zerom". Lirycznie zawyżają poziom goście: Fokus, Brahu, Kontrabanda i HIFI Banda. No, mamy jeszcze Kaszalota, Zawodnika, plus niejakich: Surkima, Bena Benito i Siwulona, ale ci spisali się raczej na równi z gospodarzami - bez fajerwerków.

Zaś jeżeli już mówimy o fajerwerkach, to na pewno w tym kontekście trzeba powiedzieć parę słów o warstwie muzycznej. Podobnie jak nazwa zespołu (he he), tytuł płytki jest bardzo zgodny z jej zawartością. Rzeczywiście jest to płyta złożona z czarnych płyt. Charakterystyczne, minimalistyczne sample, z domieszką jazzu i funku stanowią, muszę przyznać, spore zaskoczenie i faktycznie sprawiają, że albumu całkiem przyjemnie się słucha. Pamiętam, że Rak udzielił się produkcyjnie (i nie tylko zresztą) w paru utworach na albumie "Fakty, Ludzie, Pieniądze" HIFI Bandy, jednak wtedy te bity niczym się specjalnie nie wyróżniały. Tutaj jednak jako całość wygląda to bardzo dobrze i tu należy Raka zdecydowanie pochwalić, że przeciętną lirykę potrafił nam zrekompensować przyjemnym powiewem prawdziwego oldschool'u, czym się owa produkcja bez wątpienia wyróżnia na tle innych.

Jak do tej pory w tym roku praktycznie nie ma słabo wyprodukowanej płyty. Członkowie coraz liczniejszej stajni Prosto swoim wydawnictwem dołożyli kolejną cegiełkę do procesu tworzenia z niej najmocniejszej polskiej niezależnej wytwórni hip-hopowej, a nie wiadomo, czy to przypadkiem nie stało się już faktem (ostatnio Brahu, niedługo Sokół z Marysią, a myślę że kwestią czasu jest kontrakt z bardzo ciekawie zapowiadającą się Kontrabandą). Zatem propsy dla Sokoła, że jako weteran potrafi wziąć na siebie ciężar budowania potęgi hip-hopu w naszym kraju. "Płyta z Czarnych Płyt" nie jest co prawda żadną bombą jak VNM czy HIFI, ale jest to na pewno solidna pozycja, a takich na półkach sklepowych nigdy za wiele.

Ocena: 4-/6

środa, 13 kwietnia 2011

O.S.T.R. - Jazz Dwa Trzy


What should I write? What can I say?

Końcówka lutego = nowa płyta Ostrego! Co to oznacza? No jak to co: dla psychofanów – kolejne trzy/cztery dychy fru! z portfela, dla gimbusów/hejterów – kolejna okazja by poszaleć na forum, dla recenzentów - … aha! i tu już nie ma tak łatwo. Dla tych „od wszystkiego”, mniej wgłębionych w temat, to problem z głowy z hip-hopem w tym roku. No bo po chuj słuchać tych wszystkich płyt, i tak wiadomo że Ostry jest najlepszy. Z kolei dla tych bardziej wczutych w rapsy, to kolejna (z każdym rokiem coraz większa) okazja, by się trochę wyżyć, poudawać znawcę, wylać żółć na papier/klawiaturę i poznęcać się jak tylko można nad biednym skrzypkiem, który przecież nic nikomu nie robi, poza tym że nagrywa płyty i sprzedał się marnie za 2 zł. No dobra, to było złośliwe. Ale to wiecie, „nie na powaaaażnie tak…”

Nadwyżka muzycznego testosteronu ewidentnie nie pozwala Adasiowi usiedzieć w spokoju. Ostry wciąż na ostro i nie potrzebuje do tego noża. Robi bity, pisze teksty, nagrywa – jak widać, libido rozpierdala, a wena jest king-konga, jak to rapował Lech Roch Pawlak. Czy to przekłada się jednak na jakość jego nowego... „dziecka”? No cóż, już odpalając pierwszy numer z „Jazz Dwa Trzy” można odnieść wrażenie, że Adam chyba już sam nie wie, o czym pisać: „mój wzrost, moja waga, wątroba, odbytnica, mój telewizor, moja klapa od sedesu” – że się zapytam grzecznie, what tha fuck?? Przynajmniej bit, który wchodzi w połowie kawałka, ma pierdolnięcie niczym ten z „Introgliceryny”, czyli intra z „Ja tu tylko sprzątam”, najlepszego jego albumu od czasów „Tabasco”. Drugi kawałek – „Wiecznie drugi”. No jest maluczkie nawiązanie do świetnego filmu Koterskiego „Nic śmiesznego”, no spoko, o tym że drugi kawałek musi być zajebisty. Adaś daje więc mały popis swych umiejętności i napierdala tu z prędkością nawijki Bosskiego Romana (nie, to akurat nie było złośliwe). No i znowu wchodzi drugi bit w połowie kawałka. Oster zawsze miał lubość do takich zabiegów, ale na tej płycie przeszedł już samego siebie. Dobre 50% płyty to kawałki co mają po dwa różne podkłady. On to chyba serio co noc musi spać na kanapie, żonka mu ni... (cicho, złośliwa mendo) Dobra, jako trzeci track mamy „I co powiedzieć”, w którym nasz wiecznie niezaspokojony artysta przyznaje się do tego, że już nie wie o czym ma rapować. Nie no żartuję. Powiedzieć jednak trzeba, że bicior jest zacny. Następnie „Szpiedzy tacy jak my” – ciekawy tekst, fajny bit (sorry, DWA bity), plus jeszcze do tego, przede kurwa wszystkim, ukochane moje „bum-cyk-bum-bum-cyk” <3 i mamy najlepszy kawałek na płycie. Potem mamy numer o problemach z kobietami, którego jak słucham, to się nie dziwię, czemu ta kanapa. I czemu taki popęd (mówimy o popędzie muzycznym, jakby się ktoś zgubił). Co by nie mówić, spora odwaga, ekshibicjonizm i dystans do siebie (zwłaszcza pani Ostrowskiej) cechuje ten utwór. Dalej jest numer o tym, kogo, co i za co hejtuje nasz poczciwy skrzypek. Inspirujący, po części prawdziwy, a po części zajeżdżający hipokryzją i wkurwiający intonacją głosu. Kolejny utwór to...

Dobra, wygraliście. Dłużej opisywać każdy poszczególny numer jest bez sensu. Nowości jakichś to tu generalnie trochę brak. Music is my life, music is my life – my to wiemy, Adasiu. Łódź to miasto grzechu, pawulonu w beczkach i dzieci w karetkach, czy tam odwrotnie, to też wiemy. Swoją drogą, zawsze myślałem, że skity mają raczej po kilka sekund, a nie po sześć minut, ale nieważne. Czepiam się jak stara baba poręczy w tramwaju. No cóż, jedni są skurwysynami na majku, a inni w internecie. Ech, ale ja naprawdę lubię Adasia. Jestem pełen podziwu, że mu się chce. Że to, co robi w dalszym ciągu trzyma pewien poziom. Chodzi o to, że nadal jest to mistrzowska muzyka, nadal są to bity, które z dumą możemy pokazać komuś zagranicą gdziekolwiek, jest to rap o tak uznanej marce, że niejeden zawistny głupi hejter i pierdolony z dupy recenzent chciałby być na jego miejscu, słyszeć ten hałas na koncercie (który poniekąd miałem okazję mu dać i jeszcze zapewne będę miał – tak, jestem hipokrytą) i za robotę, która jest przyjemnością, brać hajs od Tytusa, ale szkopuł tkwi w tym, że to już nie przyciąga tak, jak choćby rok temu. Tendencja spadkowa, przy takiej częstotliwości wydawania albumów jest naturalną konsekwencją i powtórzyć to muszę po raz, kurwa, kolejny!!!!! Ok, wyżyłem się, starczy na dziś złośliwości. Ostry król, jebać recenzentów.

PS. Drugie CD - może troszkę przesadzone, ale w gierkę w sumie fajnie kiedy zagrać.

Ocena: 4-/6

sobota, 2 kwietnia 2011

Człowień & Shot - Do Zobaczenia Później


Sporo tych płyt wyszło ostatnimi czasy. Ta, o której teraz mowa wydaje się być z nich wszystkich najmniej rozpromowaną, wręcz "wystraszoną" i schowaną za podbijającymi OLIS krążkami Rysia, czy Adasia. W sam raz coś dla truskuli w pinglach z forum ślizgu (nie bierzcie do siebie, jakbyście MNIE zobaczyli, to ło matko!). Ale nie, tak serio mówiąc to reprezentanci Wrocławia nie mają się wcale o co strachać, bo wypuścili bardzo konkretny materiał.

Swoją drogą te całe ich Supa Skillz (oni wydali w ogóle jakąś płytę?) to dla mnie mega zagadka. Czterech MC's: dwóch wacków i dwóch kotów. Jakbyś miał jakieś wątpliwości, to "Do Zobaczenia Później" jest dzieckiem tych drugich (wątek gejowski zupełnie niezamierzony). Bardzo słusznie, że Człowień z Shotem sobie od tych pierwszych odbili, bo zdecydowanie widać dystans dzielący ich od Temate i Al Paciwo. No ale już zostawmy tamtych, i tak swego czasu dostawali mocne hejty i jeden i drugi, więc swój czas chłopaki mieli, to już nie na czasie temat(e). Zajmijmy się płytą i jej twórcami. Otóż obaj mają już na swoim na koncie solowe albumy - obie wydane w nielegalnym obiegu w 2009 roku, obie niedocenione. Tzn przez truskuli w pinglach docenione jak najbardziej, ale to sie nie liczy. W tym roku postanowili nie dość, że połączyć swoje siły (tak jak wyżej wspomniałem, bardzo słusznie), to i jeszcze z tym swoim połączeniem sił wyjść na legal. I to również jak najbardziej słusznie. Chłopaki mają dobre teksty, przede wszystkim O CZYMŚ i choć ich style się nieznacznie różnią, to potrafili jakoś to... wypośrodkować i zrobić równy album. Przy tym wyróżniają się takie kawałki jak: "Niezapominajka" podejmujący temat zapominania, gubienia i ogólnego nieogarnięcia (myślę że większość słuchaczy się w tym odnajdzie), genialny "Sumienista" jako wyraz zwątpienia w boskie istnienie, czy niezwykle oryginalny storytelling "Nieoczekiwana zmiana miejsc", w którym obaj panowie budzą się w nie swoim, a swojego partnera (yyy, kolejny niezamierzony wątek gejowski), mieszkaniu. Z kolei za sprawą "Nie muszę śnić" zapachniało czymś ambitniejszym (orgazm truskuli w pinglach), a featuring Jazzy przypomina mi tu udział Hanny Banaszak na trzecim TPWC.

Muzycznie płyta jest dość różnorodna, ale generalnie mieści się w kanonach bardziej klasycznych i klimatycznie bliskich truskulom w pinglach. Dużo jest tu producentów: Eten i Golden po 3 bity, po 2 Art'em i Mowglee, a także po jednym Goofer, Haks, Brus, Buli i Lolli. Szczerze mówiąc, z całej gromadki do tej pory kojarzyłem tylko Etena. Każdy z nich jednak zasługuje na pochwałę i nie ma tu żadnego słabszego punktu, czy wypełniacza. Zatem jeśli miałbym wskazać jakieś mankamenty tego albumu, to na pewno dotyczyłyby one... rapsów, a nie bitów. A konkretnie głosów obu gospodarzy. Ten Człowienia za bardzo kojarzy się z PeeRZetem, zaś ten Shota wydaje się być... no nie wiem, specyficzny. Tirex pisał, że trochę cipowaty. No ale to już sobie sami ocenicie. Ja tam "Do Zobaczenia Później" oceniam na dobry z plusem. No i mam nadzieję, że zobaczymy się później, a przynajmniej usłyszymy.

Ocena: 4+/6