poniedziałek, 16 maja 2011

Firma - Nasza Broń To Nasza Pasja



Zdecydowanie odradzam państwu czytanie tej beznadziejnej recenzji. Te prymitywne dowcipy, te mongolskie teksty... Jeżeli jednak mimo to ktoś się zdecyduje na ten koszmar, to ostrzegam: wszystko to, co tu przeczytacie, jest napisane totalnie na opak, wręcz wywalone do góry nogami - włącznie z przejściem na niemiecki system oceniania. Zatem - czytasz na własną odpowiedzialność.

Tak na wstępie - niemały problem jest z tą okładką. Istnieją bowiem dwie wersje - jedna, której tu NIE widzicie, przedstawia tytuł płyty malowany na murze przez pewnego jegomościa z emblematem JP na plecach. No cóż, pomysłowe, twórcze i w ogóle propsy. Druga, którą macie wyżej, jest jeszcze lepsza, choć to ta pierwsza jest ponoć oficjalna. Ja jednak widziałem na półce empiku również tę drugą - o co chodzi? Płyta, która ma dwie różne okładki, jest istnym ewenementem na skalę światową! No ale co tu się dziwić, podczas gdy obie są rewelacyjne, na pewno ciężko było chłopakom wybrać tę jedną. Co do tej powyższej, to pozwolę sobie zacytować tu tekst z najnowszego albumu owej zacnej grupy (jeden z wielu genialnych zresztą): "Firma, Firma, uliczny hardkor, pamiętacie starą Firmę?" - otóż jest to okładka przywołująca najlepsze, acz zapomniane już czasy lat 90-tych, a więc "złotej ery" hip-hopu, gdzie liczył się prawdziwy, uliczny przekaz, a nie komercyjny szit. Okładka ewidentnie stylizowana na oldskul lat tamtejszych, jak gdyby była to kaseta jakiegoś S.E. Sekator, czy Andegroundaz, w każdym razie zespołu z lat 95-97. Tu nie trzeba nic mówić, tu trzeba podziwiać.

Firma nieco się uszczupliła, gdyż reprezentują JP ją teraz już tylko Roman Bosski <3, Tadek oraz Popek. Opuścili ją Kali i Pomidor, bo byli za słabi. Kali zresztą lada moment wypuszcza swój solowy album, na którym, mimo obecności wielu super-składów reprezentujących JP prawdziwy uliczny hardkor, nie znajdziemy ani jednego kawałka z udziałem swego byłego zespołu. Musiało się stać zatem coś poważnego. No ale cóż, nie ma co płakać jak jakiś lamus, trzeba iść do przodu, choć niektórym "pęka gul", cytując po raz drugi (kocham takie słowotwórstwo i przełamywanie zbędnych językowych barier) tę fenomenalną płytę, którą mam zaszczyt tutaj opisać.

Tak naprawdę opisać jest mi ją bardzo ciężko, a powiem więcej - mega-poziom tej płyty, ogrom walorów artystycznych przerasta mnie, że aż nie potrafię się wysłowić. Musicie mi wybaczyć, ale nic nie poradzę. Może niepotrzebnie się tego podjąłem? No ale skoro już zacząłem, to może jakoś dokończę dzieła.

Murzyni z N.W.A. byliby dumni. Co ja gadam, na pewno SĄ dumni. Dr. Dre powrócił z detoksu (albo na niego w końcu pójdzie, to nieistotne), Ice Cube zaprzestał w końcu nagrywać płyty, bo jest starym dziadem i musi ustąpić młodym talentom, a Eazy-E słuchając albumu "Nasza Broń To Nasza Pasja" już buja się w jego rytm, aż z trumny gwoździe wyskakują. Od Romana Bosskiego <3 niejaki Adam Ostrowski a.k.a. mr. wack mc za 2,50 zł* właśnie uczy się rapować (czego dał dowód na swojej nowej, pseudojazzowej produkcji), Tadek rozpierdala charyzmą Pezeta i innych Mesów, zaś Popek, który pewnie czuje się niedoceniony będąc całkowicie niesłusznie w cieniu Roberta Burneiki (plecy same się nie zrobią!), pokazuje swojemu byłemu przyjacielowi Jędkerowi Realiście, na czym polega prawdziwy kryminalny rap (no i tak jak Zeus opatentował arafatkę, tak on na pewno wywoła sporo szumu swoją czapką-pilotką). Doskonałe flow to nie wszystko, wiadomo. Poza jamo-gębowymi wygibasami mamy tu również setki genialnych, błyskotliwych wersów, celnych panczlajnów i popisów zabawy słowem, że za przykład można podać same tylko tytuły: "Brat Bratu Bratem", "Jara-My", "Pismakit" czy też "Ulica w Kurestwie Tonie, Ulica Kurestwem Płonie" (btw świetny, podchodzący pod 8-bitowe rzeczy podkład). Nawet soczyste bengery, jakie tu również mamy okazję uświadczyć, nie są pozbawione dobrej liryki, że wystarczy wspomnieć refren: "lecimy bandą, lecimy po bandzie!". Tematyka utworów to chyba rzecz jasna, aczkolwiek tylko prawilni ludzie ją zrozumieją. Firma krzewi w ludziach zasady, które we współczesnym, zepsutym świecie są już dawno zapomniane - miłość, przyjaźń, braterstwo, honor i patriotyzm, a także walka ze złem i brutalnością. Nie ma tu co analizować poszczególnych zwrotek, bo to tylko zepsułoby słuchaczom przyjemność z ich interpretacji.

Bity na "Naszej Broni" to fantastyczne, w większości klasyczne (z wyłączeniem hip-hopolowego "Czasami"), hardkorowe, uliczne produkcje, które usatysfakcjonują każdego prawilnego chłopaka, który pochodzi z hardkorowej dzielni (nie Jędker, ty do nich już nie należysz). Z dala od chujowego mainstream'u, z małym wyjątkiem obecności DJ'a Decksa. Próżno tu też szukać eksperymentów z innymi gatunkami muzycznymi, choć takie klasyki jak reggae'owy "Tylko jeden buch", czy solowe, grime'owe poczynania Romka <3 nie stanowią wcale ujmy dla klasy Firmy, żeby nie było.

Gości na tym świetnym, potrójnym albumie (dlaczego tylko 36 kawałków??) jest sporo, co by było nieco urozmaicenia. Ekipy typu Razem Ponad Kilo czy Emblemat jak najbardziej na plus, natomiast nie mam zielonego pojęcia, co tu robią mainstream'owe kurwy pokroju Pei, Jurasa (przecież jest w Prosto!!!) czy Miuosha. Hemp Gru jeszcze można jakoś z trudem przeboleć, aczkolwiek robiącego teraz disco-polo Palucha już słuchaczu nie zdzierżysz. No po co, po co, po co??

Zmierzając ku końcowi, byłaby to płyta naprawdę wybitna, gdyby nie kilka wspomnianych wyżej mankamentów w postaci krótkiego czasu trwania (ale przynajmniej mamy bonus w postaci "Live in Fonobar"), kilku słabych gości oraz jednego chujowego, hip-hopolowego utworu. Muszę więc za to niestety odjąć, a właściwie dodać, pół oceny. Zdaję sobie sprawę, że mogę być za to zlinczowany od góry do dołu, ale widocznie taki już mój los. Jako krytyka a.k.a. niespełnionego artysty.

Ocena: 1+/6


*cena brutto w PLN

sobota, 14 maja 2011

Moral/Gano - Przeminęło z Dymem


Zaskoczeni, że tak szybko kolejna recka? Tak, tak, żeby nie było nudno, będą tu recenzje WSZYSTKICH legalnych płyt z 'polskiego hh' w tym roku. Cóż, założenia miałem takie, że miało być go mniej, tego 'polskiego hh', w moim odtwarzaczu, a wychodzi na to, że jest go coraz więcej. Sesja za pasem, a ja napierdalam nowości. Nienormalne. Nic nie poradzę, jestem psychofanem tej sceny. Sam wspieram ją jak mogę, biedny student jestem, ale bywam na koncertach (choć wiele dobrych imprez, na których mogłem być, niestety mnie ominęło), staram się kupować płyty (ostatnio Cira i Hans Solo), no i prowadzę tego durnego bloga. Może nie robię nim za dużo dobrego, często pierdolę rzeczy, za które jakby ktoś przeczytał, to by się pewnie obraził, no ale cóż. Nie wszyscy negują recenzje płyt, a wręcz uważają to za istotny element krzewienia tej kultury, no i powinno się też rozumieć, że recenzje to nie tylko poklepywanie znajomych po plecach i wychwalanie. No ale to już chyba temat na osobną notkę, zamykam więc japę.

Co by nie mówić, ten rok jest mocarny. Choć mamy dopiero połowę maja, a więc nie minął jeszcze półmetek, to już można stwierdzić, że takiego roku chyba jeszcze nie było. Scena rośnie w siłę, a mnie na to wszystko rośnie serducho. Mając nadzieje na dużo dobrych płyt (ale nie aż tyle, ile ich faktycznie jest) liczyłem, że opisywana w tym momencie pozycja będzie takim czarnym koniem tego roku. Cóż, przeliczyłem się. "Przeminęło z Dymem" jest jak dotąd jedną z najsłabszych opcji do wyboru pod kategorią 'hip-hop' w 2011.

Ustalić trzeba jedno - nadzieje te nie dotyczyły głównych zainteresowanych - Morala i Gano, a bardziej tych, którzy pomogli im ten album stworzyć. Chodzi rzecz jasna o twórcę tła muzycznego, czyli Jajonasza aka Lukatricksa, no i całą plejadę gości, bez których sami ślązacy płyty by nie pociągnęli. Ale może po kolei.

Jeśli chodzi o ów śląski duet, to za tego lepszego z nich uważałem do tej pory Morala. Ot taki nieszkodliwy, solidny przeciętniak, tak mi się wydawało słuchając "Czarnego Złota". Na tej płycie jednak jego rap jest irytujący. Jego maniera rapowania, tak jak wydawała się nieszkodliwa wtedy, tak teraz jest męcząca, i teksty tego raczej nie rekompensują. Rozczarowanie. Zaś co się tyczy Gana - również rozczarowanie. Tyle że... pozytywne! Noł szit, Gano w tamtym roku usypiał (mając u boku Hasta, Fokusa i innych pewnie było to uwypuklone podwójnie), a tutaj, mając nieco więcej przestrzeni dla siebie, nieoczekiwanie całkiem nieźle ją wykorzystał. Monotonne flow nie jest tu wadą, a bardziej cechą charakterystyczną, która pewnie nie każdemu się spodoba (tak, jest różnica), natomiast niejednokrotnie błyszczy tu wieloma ciekawymi linijkami. Zważywszy też na jego aparycję, no i sam całokształt rapowania można go określić mianem "filozofa", co pasuje do niego nawet o wiele bardziej, niż do Eldo czy innych Laikajków. Gano, postarałeś się.

Jajo rozczarował. Spodziewałem się tak samo równej warstwy muzycznej, jak na CZ, a dostałem ponad połowę płyty, powiedziałbym, "satysfakcjonującej", plus kilka odrzutów. To jak dla mnie za mało, w końcu oceniamy całość. W ogóle słuchając płyty momentami byłem naprawdę zaskoczony, bo bardzo cenię Jajonasza, a na "Przeminęło z Dymem" usłyszałem dużo rzeczy nieciekawych, oklepanych (wykorzystywane już wczesniej sample, czy linie melodyczne, nawet przez jego samego!) i po prostu cienkich jak na niego. No, może trochę przesadnie się pastwię teraz, bo takie bity jak "Momenty", czy "Świat to za mało" pokazują też z kolei jego kunszt producencki i odznaczyć to bez wątpienia trzeba. Generalnie jednak - nierówno, bardzo nierówno.

Goście. Tak jak mówiłem, cała plejada, więc trzeba ich wymienić wszystkich. Bezapelacyjnie na plus: Ten Typ Mes, HST i Skorup. Na swoim poziomie - Pih i O.S.T.R.. Bez szału niestety Tede z Numerem oraz Fokus (ten to ma wahania formy, zajebiste "Czarne Złoto", tragicznie na HIFI, dobre "Prewersje", a tutaj zwrotka raczej średnia). Świtał i Mata - tragedii nie ma, ale to chyba nie ta liga. A Siwydym to już w ogóle. Śpiewaki, czyli Gutek i Bas Tajpan, neutralnie (a Jajonasz niech już lepiej tego nie próbuje, a skupi się na biciwach).

Pisałem nie tak dawno, że nie lubię rozkładać albumów na czynniki pierwsze, ale tu chyba trochę tak zrobiłem. Teza postawiona na początku wymagała jednak argumentacji. Takie minimum, średnia krajowa, najczęstsza ocena jaką daję recenzowanym płytkom to dobry z minusem. Tutaj niestety trochę do niej zabrakło, choć było blisko. Parę fajnych bitów, parę fajnych zwrotek, ale całość specjalnie nie zachęca do ponownych odsłuchów. Rozczarowanie.

Ocena: 3+/6

wtorek, 10 maja 2011

Echinacea - Echinacea


I to się nazywa powrót! Pamiętacie Echo? No wiecie, te ziomki ze słynnego klipu Mesa na przyczepie. To znaczy z końcówki tego klipu, bo ich kawałek - "Stylowy Przekaz" z producenckiej płyty Reda-czyli-w-wolnym-tłumaczeniu-buraka z Monopola, a w zasadzie jego część, następuje tuż po Typie, ale to pewnie mało kto kojarzy, bo Mes król i chuj z resztą, wiadomo. Ale pamiętam, że dostosowali się chłopaki do konwencji - tak jak Mes na przyczepie, tak oni machali łapami na jakimś placu budowy. No nieważne. Echo nie odbiło się dużym echem. W 2001 roku album "Po Prostu Echo", potem dopiero w 2007 małe przypomnienie o sobie na płycie tercetu producenckiego Beatowsky i na tym w zasadzie koniec. Ale to do niedawna tylko, bo raperzy postanowili powrócić, i to tak nieźle. Wraz z Siódmym (dobrze przyjęty nielegal w 2009) jako Echinacea wypuścili w marcu tego roku intrygujący self-titled, który rekomendują nam same gwiazdy gatunku - Eldo, O.S.T.R., Numer Raz oraz ich wydawca Proceente, którzy to też znaleźli się na nim gościnnie (jest też mniej znany Tema Temzki z zespołu Mardi Gras). Debiut sprzed 11 lat też miał Eldo, no i Eisa, jak takie tuzy ich promują, to chyba warto, co? Sprawdźmy więc.

Echo długo milczało, tak że nawet echa nie było słychać, ale jak już powrócili to, OJA! Ale po kolei. Parker i Pudel na "Po Prostu Echo" to tacy tam sobie truskule, zamulający nieco, a nawet nieco bardziej niż nieco. "Echinacea" to jednak coś więcej, niż zamulaszczy truskul. Nie ma tu za dużo do rzeczy obecność Siódmego, bo on akurat do chłopaków swoim stylem pasuje jak ulał, a powiedziałbym nawet, że jego wokal przymula najbardziej z całej trójki. Ale to nic. Ten album po prostu rozpierdala lirycznie. Nie ma przypadku, że Eldoka i reszta tak go promują. Najlepsze jest to, że nie mieliśmy zbytnio możliwości, by obserwować chłopaków rozwój - teksty na obydwu albumach to niebo a ziemia, a wręcz kosmos a jądro tej ziemi. No niby jedenaście lat to jedenaście lat, ale że taka poezja? Szok! No i pod tym względem całą trójka spisuje się równie doskonale.

Bardziej adekwatne byłoby opisać rap i bity na "Echinacei" w jednym akapicie, bo w tym przypadku są to wyjątkowo mocno połączone ze sobą elementy. Taka wręcz symbioza, która tylko potęguje niesamowity klimat tej płytki. A ogromny udział w tym ma nie kto inny, jak czarodziej Kixnare. Proste te bity, ale to w prostocie piękno tkwi, drogie dzieci. Tworzą one, te bity, bardzo spójną całość, no i możliwe, że gdyby nie trzy cegiełki od Roux Spany, mogłoby to być ZA spójne. Singlowy majstersztyk "Czekając Na Falę", najsłabsze na płycie "Z Tobą" i niezłe "Historie Nie Z Sąsiedztwa" spełniają swoją rolę i dostosowują się do wysokiego poziomu narzuconego przez Kixa. Goście? Też dają radę. Nie wybijają się, a wpasowują się w klimat, wszyscy. No może tylko ten Ostry... ale nie, nie będę się czepiał.

Słabe strony? No senne te ich flow, może niektórym słuchaczom ciężko będzie odróżnić poszczególnych członków grupy (wyróżnia się na pewno Parker, ze swoim trochę sepleniącym sposobem wymawiania) ale to naprawdę nie przeszkadza. Technicznych popisów tu nie ma, bo nie o to na tej płycie chodzi. Ja tam, wbrew pozorom, nie lubię przesadnego rozkładania płyt na czynniki pierwsze. A "Echinacea" ewidentnie miażdży lirycznie i muzycznie, i nie mam najmniejszego nawet powodu, by nie wystawić jej oceny bardzo dobrej.

Ocena: 5/6