niedziela, 25 września 2011

Up To Date Festival - relacja


Druga edycja białostockiego Up To Date Festival upewniła mnie w przekonaniu, że impreza ta zasługuje na bycie, obok Giżycka, stałą pozycją w rokrocznym kalendarzu imprez. Co prawda tzw Hip-Hop Tent jest tylko jednym z elementów tejże imprezy, ale takowe jego rozwinięcie w stosunku do pierwszej edycji (w tamtym roku Eldo, Pezet/Małolat, Abradab, w tym roku aż 2 dni po 4 artystów) tylko pokazuje, jak mocno, ku mojej uciesze, dba się o hip-hopową kulturę w Białymstoku.

Prócz rapu na scenach kompleksu na Węglowej spotkamy muzykę elektroniczną w różnych jej odsłonach oraz wystawę 'We Care More' - streetart i wszelaka sztuka nowoczesna. Chyba nie muszę mówić, co mnie tak naprawdę przyciągnęło na ten event, ale całościowo 'up2d8' przekonuje mnie jak najbardziej i wypada mi tylko przyklasnąć organizatorom za inicjatywę i doskonałą realizację. Co Podlasie, to Podlasie, nie mamy się czego wstydzić. W takich chwilach kocham Białystok i fakt, że tu studiuję.

Skupię się jednak na tym, z czym miałem do czynienia najbardziej przez te dwa dni, a więc na scenie Hip-Hop Tent. Umieszczona była pod namiotem, a więc praktycznie na świeżym powietrzu, podczas gdy dwie pozostałe sceny (pierwszego dnia jedna - okołoambientowy 'Stan Skupienia') były w budynku, ale ostatecznie nie stanowiło to dużego dyskomfortu, gdyż jakoś przeraźliwie zimno nie było, a uwzględniając występy niektórych artystów momentami było wręcz parno. Występy pierwszego dnia zaczęły się jakoś przed godziną dwudziestą pierwszą, a rozpoczął je ten, którego w ogóle nie miało tam być. A było to tak, że w czwartek, czyli dzień przed imprezą, dzwoni Diox do WENY: "Grasz gdzieś jutro?". Miał grać w Warszawie, ale koncert odwołano. "Aha, no to grasz w Białymstoku." Wudoe zastąpił chorego Małpę, którego w normalnym wypadku zobaczyłbym po raz czwarty w przeciągu pół roku, dlatego była to jak najbardziej pozytywna wiadomość. A reprezentant Marymontu, choć podobno też trochę chory, zagrał na poziomie idealnym jak na pierwszy występ. Repertuar, poza oczywiście "Dalekimi Zbliżeniami" opierał się też mocno na "Dużych Rzeczach", dlatego podczas jego skakania po scenie trochę odczuwało się brak pewnej osoby obok (czytaj: Rasa). A we dwójkę dają czadu. Ciekaw jestem ile ludzi by było na Małkiewiczu, bo zdziwiłbym się, gdyby było tyle, ile przyszło na Wenę. Ogólnie ludzie jakoś powoli się zbierali pod scenę, ale jak już się zebrali, to całą wuchtą.

Niedługo potem wyszedł Diox. Również był nie w pełni zdrowia, gdyż o kuli z nogą w gipsie. Ale kulę szybko wyrzucił. Boom-bap Returnersów zawsze spoko, Diox i HIFI zawsze spoko, tyle mogę powiedzieć. Stanowili dobre preludium dla późniejszego totalnego rozkurwu, będącego autorstwa holenderskiej formacji Dope D.O.D. Trzech typa, a każdy z nich to osobne indywiduum, wykręcone na inny sposób. Jeden wysoki, kojarzący mi się z gitarzystą System of a Down, połowa czachy na zero, z czerwonym lewym okiem, drugi filigranowy czarnuch z solidnym afro, przypominający przez to Whoopi Goldberg, w czarnych spodniach zapiętych na jednej szelce i trzeci, najspokojniejszy z nich długowłosy blondynek o aparycji przypominającej śmierć bardziej wokalistę metalowego, niż rapera. Grupa ta uprawia hardcore rap z elementami grime i dubstepu, zatem można sobie wyobrazić, co się działo. Jak to powiedział prowadzący imprezę Esdwa (taki troszkę gorszy Procent - to chyba staje się zasadą, że prowadzić musi gość niewymawiający "r") - mózgi wypalone na drugą stronę. A pod sceną - nie mniejsze pokurwieństwo niż na niej. Co ciekawe, tego dnia miała miejsce oficjalna premiera... ich debiutanckiego legalnego albumu. Kolejny smaczek podnoszący rangę tegoż festiwalu.

(Długi, ale polecam obejrzeć do końca.)


Jak to powiedział Łona, Dope D.O.D. był niekwestionowaną gwiazdą wieczoru. Gwiazdą wieczoru, która jednak grała jako przedostatnia. Myślę, że organizatorzy, jeżeli układając taką kolejność mieli na myśli to, aby zatrzymać jak najwięcej słuchaczy pod sceną, nie powinni się niczego obawiać. Publiczność doskonale wiedziała, na co przyszła i zajarana na maxa skakała do dubstepowych jointów, jakby jej mózgami i ciałami zawładnął Skrillex Wszechmogący. Nie miało to nic wspólnego z jakkolwiek pojmowaną normalnością psychiczną, ale mnie się bardzo podobało. To jest, kufa, prawdziwy rap z dubstepem, a nie jakieś pierdnięcia Mesa.. No i po nich już jako ostatni zagrał Łonson, wraz z Łebsztykiem aka Witoldem Pyrkoszem, DJem Twisterem, którego nie było oraz Rymkiem, który sztukę hajpowania opanował chyba do perfekcji. Pod ich performance poddali się wszyscy zgromadzeni pod namiotem. Odniosłem wręcz wrażenie, że target na muzykę Łony jest najfajniejszą społecznością na ziemi. Dobrze mówię, społecznością. A bystrą, jak sam Łona. Wszyscy jak jeden mąż reagowaliśmy błyskawicznie tak, jak powinniśmy reagować w zależności, co się działo na scenie. Teksty piosenek, głupie okrzyki między kawałkami, no i cuty w "Rozmowach z Cutem". Jeszcze to żadne zdziwko, że wszyscy znali teksty z dotychczasowych albumów, ale żeby już na pamięć obydwa single z "Cztery i Pół"? Dawno nie widziałem tylu tak pozytywnie zakręconych, sympatycznych i inteligentnych ludzi. A sam Łona jak zwykle - talent, charyzma, dowcip, po prostu skarb polskiego rapu, z którym tego dnia białostocka publiczność współgrała jak w symbiozie.

Drugi dzień zaczął się tak naprawdę od supportu. Pytanie kolesia, który zapytał mnie "kto teraz gra" i stwierdzenie: "o kurwa, to nawet JA tego nie znam" jest najlepszym podsumowaniem pierwszego sobotniego artysty festiwalu. Żeby nie było, nie mam nic do ekipy Wysoki Lot, zagrali jakoś tam i spoko, ale chyba jedynym kryterium takiego wyboru były dubstepowe akcenty w jej twórczości. Jak widać organizatorzy chcieli przemycić na rapową scenę choć trochę klimatów z innych scen, ale do Dope D.O.D. chłopaki z Krakowa mają jednak lata świetlne. Później wróciliśmy na właściwy poziom, czytaj: Zeus na scenę. A dokładniej Zeus i Joteste. Nagłośnienie mogli mieć chłopaki o wiele lepsze, ale poradzili sobie mimo to. Trochę czasu zajęło im zgromadzenie i przekonanie publiczności do siebie, ale urozmaicić występ bez wątpienia potrafią. Klaskanie tyłem do publiki, bujanie się od prawej do lewej, czy świetny wspólny pokaz umiejętności na zakończenie (obydwaj na raz chóralnie rapowali tę samą zwrotkę, akcentując i przyspieszając dokładnie w tych samych momentach, i to bez bitu) naprawdę każe przyklasnąć. Może przy numerach z "Zeus, jak mogłeś?" publika była trochę zdezorientowana (ja wiem, nie wszystkim się przyjął ten album), podobnie jak z "Ulic w Ogniu", czyli solówki Joteste, ale funk w bitach Kamila i energiczność obu raperów dała naprawdę fajny koncert. Jedna z moich ulubionych postaci na scenie nie zawiodła.

O głównej gwieździe drugiego dnia za dużo nie powiem, bo myślę, że dużo słów i tak na to nie trzeba, a każde z nich i tak nie oddałoby w zupełności tego, co się w rzeczywistości działo. Looptroop Rockers i wszystko jasne. Mówiąc metaforycznie i w najzupełniejszym skrócie - chyba każdy z nas tego wieczoru był ubrany w ten charakterystyczny czerwony kubraczek (a wygodny jak cholera!). Szkoda, że nagłośnienie się nie poprawiło w stosunku do występu Zeusa, tak ogień mógłby być jeszcze większy. Po gwiazdorach ze Szwecji na zakończenie bardzo pozytywny występ dał Parias. Nie wiem o co chodzi tym, co to zarzucają Pariasom koncertową nudę. Gadane Eldoki, pozytywna aura Pelsona i charyzma Włodka, a do tego zajebisty (niekoniecznie nie-koncertowy) repertuar. Mnie więcej nie potrzeba, tak jak zapewne każdemu, kto był na ich występie czy to tutaj, czy na MHHF.

Trzeba dbać o kulturę młodzieży. Białystok o nią dba. I o to, bym przez nieco ponad rok zaliczył na żywo niemal całą czołówkę polskiej sceny, plus do tego kilka gwiazd zagranicznych. No, z małą pomocą Giżycka i czasem Trójmiasta. Ano, zapomniałbym. Tydzień przed Up To Date zdążyłem jeszcze odwiedzić Gdańsk i zaliczyć zajebisty koncert Eldo, Soboty i Małpy. Nie ma co, to były grube wakacje.