czwartek, 27 października 2011

Hurragun - Hurrap


Straszny hurraoptymizm zapanował w stosunku do tego projektu. Flint daje jej 9/10, Jaca też propsuje. A ja podchodzę do tego jakoś tak... hurrasceptycznie. Po prostu traktuję tę płytkę tylko i wyłącznie jako ciekawą podróż do przeszłości. Pod tym względem sprawdza się "Hurrap" idealnie.

Wojtas z kolegami uważają, że dzisiaj rap to gówno, a właściwie go nie ma, umarł, a prawdziwy hip-hop to ten oldskulowy i basta. Lata 90'te i te sprawy. Jestem zdecydowanie przeciwnikiem takiego podejścia. Pewnie gdybym urodził się ciut wcześniej, bym troszkę inaczej na to patrzył, ale niezmiernie razi mnie taki na maxa skrajny konserwatyzm. Nie żebym miał coś przeciwko takim brzmieniom, jakie uświadczyłem na albumie Hurragun, a wręcz przeciwnie, ale... szczerze? Jak mam na to ochotę, to puszczę sobie "Black Sunday", czy inny album Cypress Hill. Wojtas, Sensei i Tytson są na pewno poprawni na majku, każdy z nich od czasu do czasu błyśnie fajną linijką, a zajawkę wyczuwa się od nich już od pierwszych sekund po odpaleniu krążka (przede wszystkim te krzyczane przez całą ekipę refreny). Każdy z nich daje dużo od siebie, nikt specjalnie nie odstaje. Aczkolwiek zastanawiam się, jak by to wyglądało, gdyby do tych samych bitów Wojtas nawinął sobie solówkę. Pewnie po niedocenionej z 2005 rzucił na razie takie pomysły w kąt, ale jak widać chęci na rap ma dalej wielkie. I nie ma co odbierać tej zajawki, mnie to pewnie na świecie jeszcze nie było, kurwa, gdy on zaczynał, więc cóż ja mogę wiedzieć.

Tego klimatu, jaki został zawarty na "Hurrap" przez Mżawskiego negować na pewno nie będę. Brudny boom bap jak trzeba. Klimat ten jednak co najwyżej każe nam natychmiast sięgnąć po jakiegokolwiek klasyka z lat 90tych, by poszerzyć naszą wiedzę na temat gatunku, bądź po prostu zaraża nas tą zajawką, by poczuć się przez chwilę jak prawdziwy czarnuch, aniżeli zachęca do kolejnych odsłuchów krążka. Sprawdza się na dwa pierwsze odsłuchy, na kolejne już niekoniecznie. Fajna motywacja do nauki historii... i nic ponadto.

Ocena: 3+/6

środa, 26 października 2011

Mrokas - Mrok w Mieście


Jezu, wykończy mnie te studenckie życie... Piszę teraz na takim kacu że chuj (to cytat z VNM'a, ale wygląda na to, że cały post będzie równie górnolotny, jak owa linijka Tomka z "Where have you been?"), no i w sumie sam nie wiem, czemu się zajmuję płytami, które raczej mało osób dotyka. A ja wystawiając im niską ocenę robię im jeszcze bardziej na złe. Taka krótka autorefleksja na początek, więc można teraz już przejść do zhejtowania płyty... hmm, czekaj czekaj... a no, Mrokasa.

Takie małe prowo to było, bo w gruncie rzeczy nie nagrał on słabego albumu. Z Aifamu tak na poważnie liczy się tylko Paluch, no i po solówce któregokolwiek z reszty nie spodziewałem się niczego wielkiego. Ale Mrokas naprawdę dał radę. Jeżeli ktoś był już przygotowany na kupę, to musi się nieźle zdziwić. Poznaniak nie jest może mistrzem na mikrofonie, może irytować jego niechlujne, ktoś powie że grubiańskie, czy nawet 'burackie' flow, no ale takie już ono jest i tyle. Czasami nawet jakiś niezgrabny offbit się wkradnie, no ale nie można powiedzieć, że debiutujący solo członek Aifamu ma same wady. Przede wszystkim potrafi nadać utworom jakąś melodyjność, a to przez to, że umie śpiewać. To znaczy no, wiadomo jaki jest jego głos, więc nie wiem czy można to nazwać 'śpiewem', ale uszu tym bynajmniej nie kaleczy. A też jeśli chodzi o lirykę jest zdecydowanie lepiej. Tak jak sposób rapowania Mrokasa jest dość nieokrzesany, tak w dużej mierze zrekompensował nam to niezłymi tekstami. O czym? Aaaa, bo ja wiem, o tym co wszyscy.. Trochę bengerów, trochę rozkminki.. Dobrze też urozmaicają płytę dobrzy goście, m.in. ziomki z Poznania: Shellerini, Kubiszew, Kaczor, Paluch, Słoń, bo bez nich płyta byłaby zdecydowanie bardziej ciężkostrawna.

Największa zaleta albumu to jednak bity. Mrokas ma dobre ucho i w większości dokonał jak najbardziej słusznego wyboru. Są ciekawe, nie zabrakło eksperymentów (ambitna "Świadomość"), a wspomniane bengery, przede wszystkim "Numer Jeden", czy "Krusząc Lód" to najmocniejsze akcenty płytki. Należy też dodać, że prócz rapowych gości mamy kilka żeńskich wokali (i nie tylko), które także wypadają bardzo dobrze. Ogólnie od strony technicznej nic nie można zarzucić - Mrokas dał 18 poprawnych, dokładnie przemyślanych tracków, od strony technicznej wszystko tu gra, są dobre melodie, ale brakuje im jednak odrobiny czegoś takiego, no wiecie, przyciągającego na dłużej.

Podsumowując już, "Mrok w Mieście" można sprawdzić, bo zawiera, jak to się mówi, "spoko kawałki", no ale przez brak w nich 'tego czegoś więcej', oraz przez odrzucający rap Mrokasa jest to półka niżej od normalnego, 'dobrego' poziomu na naszej scenie. Mocna trójeczka.

Ocena: 3/6

niedziela, 23 października 2011

Mezo - Mezoteryka


Jak to powiedział Remik, właściciel wytwórni My Music a niegdysiejszego UMC Records, tacy artyści jak Doniu, czy Mezo muszą dziś zaczynać praktycznie od nowa. Przez spaprany wizerunek poznańskiej wytwórni muszą od nowa udowadniać swoją wartość i bić się z demonami przeszłości, w każdym niemal kawałku odpierając zarzuty prawilnych mc's, przez co sami niejako się zapętlają i zawężają pole tematyczne własnych utworów. To działa zresztą też w drugą stronę - jak to nawinął Doniu, że gdyby nie on, to przecież ci wszyscy prawilni mc's nie mieliby o czym pisać. Wiadomo, i tak nikt ich argumentów nie będzie słuchał - prawa rynku są bezlitosne. Może to i nie ich wina, że Polska to nie jest jednak 51 stan, jak to mówił z kolei Jeden Osiem L, choćby bardzo tego chcieli i niektóre rzeczy u nas po prostu nie przejdą - przynajmniej jeśli mówimy o środowisku hip-hopowym. Czy wyobrażacie sobie, że na koncert B.o.B, czy Lil'Wayne'a przychodzi 15 osób, z czego najstarsza ma może 15 lat? Tak było niedawno we Wronkach na koncercie Ascetoholix - mnie to trochę smuci swoją drogą, ale przynajmniej odegrali ten koncert, nie tak jak np. Vienio, który zrobił imprezę równoległą do innej, znacznie prestiżowej w tym samym mieście i myślał, że ktoś przyjdzie. Kończąc już ten przydługi wstęp - nie ma już co płakać nad rozlanym mlekiem, pozostaje grać dla tych kilku osób, ilu jest się w stanie jeszcze zdobyć, mimo że muzyka pewnie nie obroni się sama, a łatka hiphopolowców nie odklei się już nigdy. Wszak "Mezoteryka" to nie jest może album wybitny, ale na pewno nie zasługujący na totalne zmieszanie z błotem.

Nie oznacza to też, że ta recenzja będzie jakąś umiarkowaną laurką i aktem pomocniczym w obronie tegoż albumu. Rozpoczyna się on chimerycznie, od utworu tytułowego, choć intro do niego zdawało się być obiecujące. Dalej jest nieco lepiej, mamy drugi i trzeci utwór z całkiem ładnymi, melancholijnymi melodiami w bitach Tabba (odpowiada za całą muzykę na krążku) i trochę jednak niedostosowanymi do nich nawijkami Meza, który sprawia wrażenie, że musi on przekonywać nie tylko nas, ale i samego siebie, że "życie jest piękne". Dopiero oglądając go w wywiadach można się o tym przekonać, bo jest naprawdę spoko gościem, ale w jego rapie wyraźnie brakuje tej przebojowości, choćby tej znanej z "Mezokracji". Dalej mamy dwa zupełne koszmarki, mdły popik w "Zaufaniu" i pseudo-hedonistyczny, absolutnie fatalny "Syreni Śpiew". Słynny "Kryzys" nie jest wcale taką złą opcją (zakładając, że jest to opcja na eska tv i inne tego typu nadajniki), ale ma chyba podobnie fatalną sławę, jak komiczne "Po Robocie". "Cash" z kolei jest utworem co najwyżej średnim, lecz stanowi dobrą wizytówkę formy Jacka na tym krążku, z wyjątkiem świetnej pierwszej zwrotki - refren "Ty wiesz, wiesz, wiesz, światem rządzi cash, cash, cash" pokazuje, że tak jak kiedyś raper składał te wielokrotne z nieprawdopodobnym sprytem i wypowiadał je niemniej stylowo, tak teraz wznosi się na wyżyny tylko momentami. Tak jakby kolejny album był dla niego, może nie przykrym, ale jednak - obowiązkiem, coś jak na swoich kolejnych płytach inny Jacek, ten od Natalii Kukulskiej i Lesz.

Potem jest jednak, ku mojemu zadowoleniu, znacznie lepiej. Część środkowa albumu jest zdecydowanie najmocniejsza. Kiwający głową, przyjemny 'bengeryk' "Dreamliner" (zwrotkę rapera z każdym wersem kończącym się na "Mezo" puśćmy w zapomnienie), popowe (udane tym razem) smętki w "Modlitwie" i "Inspiracji" oraz nadchodzący singiel "Kochaj Albo Giń", gdzie w końcu czuć ten optymizm i radość z życia (swoją drogą, bardzo dobry dobór żeńskich wokali na album) to utwory, które powinny być wyznacznikiem kierunku, za jakim powinni podążać Mezo i Tabb tworząc tę płytę. Później trzymają poziom jeszcze tylko mocny w wymowie storytelling "Droga do Zatracenia" i skupiający niemal wszystkich wyklętych ze środowiska "umc's" posse cut "Big Bang".

Mezo dał tu tylko zalążek tego, co mógł tak naprawdę dać ludziom, którym przyszłoby do głowy kiedyś bronić "Mezoteryki". "Wyjście z Bloków" było świetnym albumem hip-hopowym, "Eudaimonia" była świetnym albumem hip-popowym, ale dwa kolejne miały już tylko potencjał (niewykorzystany niestety), by się obronić przed hip-hopolowym wizerunkiem, będącym się ciągnąć za Jackiem aż do śmierci. Tutaj poznaniak jest jakiś taki niemrawy i nieprzekonujący, choć momentami przejmuje słuchacza swoim smutnym nastrojem. Wiadomo bowiem, że niedawno rozwiódł się z żoną, i choć różnie bywa z poziomem tych kawałków o kryzysach, zdradach i traceniu zaufania, to dzięki temu, paradoksalnie, płyta nie jest nijakim popowym chłamem udającym hip-hop, a wyrazistym zapisem uczuć dojrzałego faceta, w którego słowach reprezentujących od zawszę te bardziej pozytywne oblicze hip-hopu - 'peace and love', można też dostrzec smutek, uczucie pustki, a nawet momentów osiągania całkowitego dna i autodestrukcji. Gdyby tylko panowie Mezo i Tabb popracowali nad stabilizacją formy, bardziej starali się zająć, zaciekawić słuchacza, to może byłby to nawet lepszy krążek, niż całkiem niezłe "Herezje". Jest jednak im tylko ledwo dorównujący, ze wskazaniem i tak na poprzednika. "Mezoteryka" nie jest żadną magią, ale nie jest też szarlataństwem i o tym można by czasami pamiętać, gdy przyjdzie nam do głowy hejtować nieszczęsnego Jacka.

Ocena: 3+/6

wtorek, 18 października 2011

Macca Squad - Maccaradża mówi dość


Nudno jak cholera, uczyć prawa cywilnego ani administracyjnego mi się nie chce, to sobie zhejtuję jakieś rapsy, a co mi tam. Dawno nic tu nie było, to teraz przynajmniej coś będzie. Ogólnie chciałem systematycznie wrzucać tu swoje przemyślenia co do każdej kolejno ukazanej na rynku płyty, ale cóż - "Dialogimuzyka" Donia nadal na necie nie istnieje. He he. Nikt jej nie kupuje, to i nikt na peba nie wrzuci. No nieważne w sumie, jedziemy z płytą następną w kolejności.

Hm, Toruń nie ma u Ciebie dobrej sławy, czytaczu tego bloga. Wyjątkiem jest bożyszcze gimnazjalistek Małpa. Toruń, miasto crunku, miasto Rydzyka, parafrazując wers Tego Typa Mesa, który to, jak się okazało, nie wie, kto śpiewał "mój jest ten kawałek podłogi" (pff, nawet ja wiem, że Rahim). Ech, ten Toruń... Tobie też, czytaczu, kiedy rozważałeś studiowanie dziennikarstwa, babcia doradzała Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej? Mnie też, ale mimo tego bardzo ją kocham. Nawiasem mówiąc, gdyby wiedziała, jaki rap robi się w tym mieście, nie wiem czy by zdania nie zmieniła. Dobrze, że przynajmniej akceptuje ten mój hip-hop, nawet Eminem się jej podoba.

Tak... A więc Macca Squad. Z początku było chyba więcej członków, ale dziś już rapuje tam tylko jeden koleś. Cegła mu na imię. Ciekawe czy tak samo będzie z Firmą, na razie odszedł tylko Kali, a potem... kto wie? No ale co tu dużo mówić, siara w takich squadach śpiewać, znaczy się rapować. Nie rozumiem, po co takie rzeczy wychodzą. Cegła próbuje być groźny na majku, z tą swoją crunkopodobną manierą rapowania i modulowaną agresją w głosie, ale paradoksalnie... też próbuje być tu refleksyjny. Niestety panie, trzeba się zdecydować, czy robimy siku i stoimy, czy numer dwa i siadamy. Bo gdy się źle zdecydujesz, to wychodzi z tego wielka kupa, do tego w spodniach (a wiadomo, że facet w przypadku jedynki nie siada, nie siada i koniec). No, jeśli jakiś jebany hejter (he he, czujesz tę ironię?) hejtuje Piha, że rapuje 'jakby srał na klopie', to proponuję posłuchać Macca Squad.

Tak, w tekstach pana Cegły jest dużo żalu, goryczy, tak jakby czuł się niedoceniany w życiu i w muzyce (ale w końcu muzyka to życie, życie to muzyka, raperzy nawet śpią z mikrofonem, jak to Kubson nawinął), z drugiej zaś strony, buńczucznie to wszystko pierdoli i mówi, że dalej będzie robił to gówno.. Dobra dobra, przestaję już, obiecuję. Ale "Ludzką Stonogę" możecie obejrzeć jak chcecie. Ponadto, Cegłówka od razu nam mówi, że "nie chce być mentorem, prorokiem, ikoną epoki", ani nawet "artystą, intelektualistą, ani wzorem". No i dobrze, chwała mu za to. A jego lirykę podobno, czytaczu (czy w tym przypadku słuchaczu), "kumasz do czasu". Mhm, okej. Większość płyt raczej zaczyna się rozumieć dopiero po czasie, po kilkukrotnym odsłuchu, tu natomiast jest dokładnie odwrotnie - najpierw jest wszystko jasne, a później wchodzimy coraz głębiej i... niczego nie rozumiemy. Można powiedzieć, że ta płyta ma potencjał na bycie absolutnie przełomową, pod jakimś względem. No ale słyszymy, że jej twórca nie chce być nikim takim, więc może nie będziemy na siłę mu przypinali łatki tej ikony epoki, ani też, powiem więcej, twórcy nowego nurtu w hip-hopie.

Dobra, bo pierdolę już. Jeszcze jakieś słówko o bitach. No cóż, takie tam. Raczej crunku w nich jest mało, materiał miał być chyba bardziej refleksyjny, więc i muzycznie trzeba było się przystosować do tej stylistyki. Chociaż to podobno miał być hardkor... Nawet w bitach panuje wielka schizofrenia. No nic. Gdy przeczytacie notkę prasową o tym albumie, pewnie z chęcią po niego sięgniecie. Gdy przeczytacie zaś moje wypociny, zrobicie dokładnie odwrotnie. Rozbawiło mnie niezmiernie zdanie a propos bonus tracka "Puchacz": "to nie jest numer dla normalnych ludzi!!!!!" Owszem, myślę, że ewentualne skojarzenie tego numeru ze wspomnianym wyżej filmem o ludzkiej stonodze może być dla wielu z was bardzo adekwatne. Podsumowafszy, ja tam teraz słucham sobie nowej płyty Młodego M., a jutro idę do empiku po solówkę Hadesa. I wam to samo polecam. Maccaradża mówi dość. Po prostu maccabra.

Ocena: 2-/6

poniedziałek, 10 października 2011

PMM - Poza Horyzont


Swoim trzecim albumem, wydanym zaledwie rok po "Rap, Stresy, Hulana, Interesy" grupa PMM postanawia udowodnić, że nie jest tylko dwójką łysych gości z bejsbolami pod pachą (pamiętacie ten klip z czasów pierwszej płyty?) nadających się jedynie na tłustego bengera, a ich obecność na scenie nie jest wynikiem jedynie obszernych znajomości, a własnego, odrębnego stylu, który pozwolił im ulokować się na niej na stałe.

Że się przyczepiłem do tych znajomości, tak? Niech więc zatem będą one wizytówką dobrej klasy PMM, a nie jakimś tam jej zaprzeczeniem, czy wymówką. No bo co mamy: wytwórnia Sokoła, bity od Ostrego, goście na płytach w osobie m.in. Zeusa, Mesa, a także gościna u Racy, czy Bonsona. Mało? Co by jednak nie gadać, na najnowszej produkcji liczba gości jest jeszcze mniejsza niż rok temu, a chłopaki dają radę sami. Głowa i Wężu są bardziej refleksyjni niż zwykle - widać, że spędzili nad kartkami dużo więcej czasu, niż jak to zdawało się w przypadku poprzednich krążków. To oni razem z Łoną, Sobotą, no i ostatnio Bonsonem stanowią o sile szczecińskiej sceny i najwyraźniej ze świadomością tego dopracowali swój rap pod każdym względem. Wracając jeszcze do gości, dobrze urozmaicili płytę jej producent muzyczny - O.S.T.R., a także Sokół i Pih, a bez Grubsona drugi singiel nie miałby takiej mocy, jaką ma.

Wspomniany O.S.T.R., czyli najlepsza, jaką mamy obecnie maszynka do robienia muzyki uprawia na tej płycie, można powiedzieć, niezłe rzemieślnictwo, z czego jest zresztą znany już od kilku lat. Mimo wyjątkowej aktywności w roku poprzednim (m.in. płyty Abradaba, Greena, nie mówiąc już o własnych albumach) Adam nadal nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Bity na "Poza Horyzont" jednak poza ten horyzont nie wykraczają. Są po prostu solidnie... naostrzone, na pewno szkoda by było, by takie biciwa miały trafiać do szuflady, póki wena dzielnie służy i opuścić nie chce. Parę razy podostrzył jednak Ostrowski, tak że mamy kilka mocno wybijających się momentów, czy to ze względu na przebojowość ("Poza Horyzont", "Wstawaj"), czy to niesamowity klimat ("Rwany Rytm", "Spokój" - idealne do słuchania późnymi wieczorami).

To prawdopodobnie najlepszy album w karierze PMM. Odbijając od stylistyki z którą dotychczas byli chłopaki kojarzeni zdecydowanie dobrze na tym wyszli. Dopracowany 'niemiecki' styl rapowania, dopracowana liryka pod klasyczne sample Ostrego stanowią jedną z wielu solidnych pozycji tego roku i przy obszernym jego podsumowaniu na pewno nie zabraknie miejsca dla "Poza Horyzont".

Ocena: 4-/6

sobota, 1 października 2011

Gustoprześwietlacze: Kruk

Gustoprześwietlacz nie-hip-hopowy u Litoslava, u mnie - polski rap. He he.



10. HIFI Banda - Puszer







Notowanie trzeba zacząć z pierdolnięciem. Zatem: Puszer. Chyba każdy to zna. Nie wiedziałem jednak, którą wersję umieścić, zatem umieszczam... wszystkie trzy. Bowiem każda ma swoje minusy: ta pierwsza ma Jędkera, a kolejne remixy też mają jakichś Zawodników. No ale pierwszy remix ma Pyskatego, Numera, Tedego, zaś druga ma VNMa, Sokoła i Erosa.


9. Don Gural Esko - Betonowe lasy mokną



Co spowodowało, że pojawiło się to na liście? Chociażby to, że nie chciałem jak jakiś truskul w pinglach wypełniać jej całej Smarkami, czy innymi Dinalami i Lajkajkami, tak by znalazło się też miejsce dla mainstreamu, z którego możemy być dumni. 'Totemem' Gural potwierdził swoją pozycję w krajowej czołówce, a ja, za każdym słysząc intro do 'Betonowe lasy mokną' mam mega ciary.


8. Proceente - Sen Palacza Trawki



"Ze szczytów blant, wyżej od szczytów alp." Nie mam nic więcej do dodania.


7. Eis - Teraz Albo Nigdy



No ba, musiał być Eis. Zrobiłeś ten hajs, to może wróciłbyś do gry, co pudelku?


6. Jimson - Królowa Wosku



"Jak to? Ile kobiet widujesz dziennie z winylami pod pachą?" Jims też mógłby wrócić.


5. Fisz/Emade - Heavi Metal



Ze względów sentymentalnych ten utwór zawsze pozostanie dla mnie ważny. Klip dostał jakąś nominację do Yachów. Jak dla mnie mnie spoko, ale nic specjalnego.


4. Grammatik feat. Fenomen - Każdy ma chwile



Musiało być coś z Eldo. Padło na "Światła Miata" i "Każdy ma chwile". Ale tą pierwotną wersję, bez Możdżera. Co ja będę wymyślał jakieś wyszukane słowa - po prostu trzeba to znać.


3. Cisza & Spokój feat. Lilu - Ostatniej Nocy



W stosunku do czasu, w którym ów duet wypuścił ten album odkopałem go dość niedawno. Zdecydowanie najlepszy w karierze Pana Duże Pe. A utwór... wyśmienity.


2. Brudne Serca - Masz prawo (remix)



Musiało być coś z BRD. Smutno mi, naprawdę.


1. OxyGen feat. Sokół - Angela (gdybym wiedział, że istniejesz)



Czytaj: pozycja 5.