środa, 30 listopada 2011

Europejskie Targi Muzyczne - konferencja na temat kondycji polskiego hip-hopu (Kruku odwiedza Warszawę cz.2)


Polskie media nie byłyby sobą - to jest, polskimi mediami - gdyby choć w najmniejszym stopniu nie potraktowały hip-hopu z ignorancją i po macoszemu. Przekręcenie nazwy albumu Fokusa (choć "Prewersje" aż się proszą, by być "Perwersjami", sprytny jednak ten Wojtek) w notce prasowej, czy nieskonkretyzowany temat dyskusji (w internecie mogliśmy przeczytać, że będzie ona traktowała o tym, co hip-hop mówi o Polsce, podczas gdy na miejscu rozmawialiśmy ogólnie, o aktualnej kondycji tej muzyki) to niby normalka, ale irytować może i tak. Można powiedzieć, że się czepiam, ale mając w pamięci prezenterkę gali Superjedynek, która zapowiada Eldokę recytując wikipedię, czy Odetę Moro-Figurską (którą nawet lubiłem) wykrzykującą "elo Opole" tego obrazu w głowie jakoś nikt nie chce mi zetrzeć. Jeżeli podchodzi się jednak do tematu tak, jak pewien obecny na konferencji dziennikarz Polskiego Radia (do tego jeszcze wrócę), to nie ma co się dziwić. Ale od początku.

Moderatorem dyskusji była dziennikarka Roxy FM Agnieszka Sielańczyk, którą można znać z audycji prowadzonych wspólnie z Sokołem na antenie tegoż radia. Jej gośćmi (nie MIĘDZY INNYMI, tak jak ktoś napisał na gazeta.pl, tylko po prostu gośćmi, wszystkimi) byli Łona, Andrzej Cała, Ten Typ Mes, Stasiak oraz Radek Miszczak. Pani Agnieszka dała najpierw publiczności (nielicznej bo nielicznej, ale jak na wielkość sali i tak parę osób stało) możliwość nadania kierunku dyskusji, ale jako że zgłosiła się jedynie pewna młoda dama, która znalazła się tam chyba z kosmosu i z jej wypowiedzi nie można było nic konstruktywnego wywlec (no, może poza zareklamowaniem jakiegoś zespołu grającego 'rap filozoficzny', którego nawet chyba nigdzie w sieci nie ma, może Mesowi udało się znaleźć "Rozumu Bękart", czy jakoś tak) prowadząca musiała spełnić swoją rolę. I tak, było o kondycji polskiego hip-hopu - że jest dobrze, mamy wielki boom, ludzie kupują płyty, chodzą na koncerty, no ale że w mediach tego hip-hopu nie ma i żadne radia i telewizje grać go nie chcą.. Obok mało odkrywczych wniosków (bo wiadomo przecież, że tej muzyce w gruncie rzeczy media nie są potrzebne, bez tego radzi on sobie świetnie) można było się jednak dowiedzieć np. czym jest tzw. pejola, czyli "legalne przekupstwo" w rozgłośniach radiowych (płacenie za puszczanie danego kawałka na rotację).

Dużo słów poświęcono Czwórce - że świetna inicjatywa, mnóstwo dobrej muzyki, świetny pomysł z jej wizualizacją (choć nie wg wszystkich, bo Sielana stwierdziła, że dla niej radio to sacrum, którego nie powinno się mieszać z TV), ale tutaj do akcji wkroczył pewien dziennikarz PR, który zaczął nawijać coś o zdejmowaniu z anteny kanału telewizyjnego Czwórki, gdyż jego oglądalność oscyluje wokół 400 osób. Ponadto zarzucił hip-hopowcom, że język w ich tekstach jest... różny, dlatego też polskie stacje nie chcą tych utworów puszczać oraz przyczepił się, że nawet teraz, podczas rozmowy Łona i Mes źle stawiają akcenty w słowach "polityka", "muzyka", używają makaronizmów czy Bóg wie czego jeszcze. Cóż, ktoś by mógł powiedzieć, że była to kompromitacja Łony, który to o poprawnym akcentowaniu rapuje przecież w "To nic nie znaczy" - dla mnie to jednak zwykłe przypierdalanie się o na pewno nie to, co istotne, przy wyraźnej niechęci zauważenia, jak tak naprawdę hip-hopowcy władają językiem polskim (mówiąc oczywiście o tych czołowych przedstawicielach, a nie podziemiu podziemia), a jaki jest rzeczywisty poziom polszczyzny w tekstach piosenek, które radio puszcza chętniej. Po konferencji udało mi się o to zagadnąć Mesa - jako że Eldo pisze piosenki dla Moniki Brodki, a sam Piotrek dla Yugopolis, to chyba o czymś świadczy i czy aby nie obeszli się z nim za łagodnie (jedynie Łona zażartował z "sytułacji w których serce klęka" u Jeden Osiem L.). Odparł mi, że... nie warto się tym przejmować. Może i jest w tym trochę racji, tym niemniej nasunęła mi się jedna rzecz, która podczas rozmowy nie padła, a powinna - to, że taki Abradab nagrywa kawałek z Grzegorzem Markowskim, Eldo i Tede grają w Opolu, a ekipa Prosto na gali Vivy służy temu, by polskie media najzwyczajniej w świecie PRZYZWYCZAIŁY się do hip-hopu jako gatunku muzycznego jak każdy inny, a przestały traktować jako wieczną ciekawostkę przyrodniczą i pretekst do super-śmiesznych żarcików pana Janowskiego o dziwnych gówniarzach w kapturze na łysej pale i szerokich spodniach.

Co zaś padło podczas tegoż dialogu - to, że nie musi być mega popytu na tą muzykę wśród przeciętnych zjadaczy chleba, którzy słuchają radia podczas grania w pracy w pasjansa nie znaczy, że kilku osobom nie wpadłby dany utwór do ucha - w końcu czy to Łona, czy Mes, czy wielu innych, oprócz doskonałej treści w swoich utworach zawierają również całkiem chwytliwe melodie. To, że na festiwal "dni gruszki" na jakimś wypizdowie przyjedzie artysta rapowy, którego będzie znało 7 osób nie znaczy, że spośród widzów nie znajdzie się kolejne 7, które po festiwalu zainteresują się tą muzyką i o to trzeba walczyć wszystkimi możliwymi środkami (choć w tej kwestii akurat poróżnili się Stasiak z Mesem, który nie pojechałby ani na "dni gruszki", ani na Eska Music Awards, zaś Łukasz bardzo chętnie).

Innym tematem, który miał być (?) w zasadzie tematem przewodnim było to, "dlaczego w tekstach rapowych tak mało jest o polityce i Polsce". Z całym szacunkiem i sympatią moją dla pani Agnieszki, ale było to trochę pytanie od czapy. Najlepiej to ujął Andrzej Cała mówiąc, że taki Łona przecież świetnie opisuje Polskę w kawałku o kolejce na poczcie, czy o podróżach polską koleją i to wystarczy. Muzycy hip-hopowi od zawsze traktują o Polsce, o świecie jakim go widzą dookoła siebie, a że nie komentują spraw czysto politycznych, ustrojowych? No jaki by miał sens kawałek o ostatnim expose Donalda Tuska? Pomijając już fakt, że takie kawałki przecież szybko stają się przeterminowane - słowem, temat jak dla mnie nietrafiony, bądź po prostu źle sformułowany.

Tym niemniej, było to ciekawe spotkanie. Łonson i Typ jak zawsze trafnie i dowcipnie, Stasiak też mądrze gadał, zaś panowie Miszczak i Cała dodali od siebie kilka fachowych opinii. Pod koniec dyskusji padło dobre pytanie od pewnej starszej pani. Mianowicie, że "no ja nie jestem słuchaczką hip-hopu, no ale mam dzieci i znajomych, którzy słuchają, no i chciałabym się też dowiedzieć jak to wygląda - wpisuję w wyszukiwarkę hasło, wyskakuje mi coś i nie podoba mi się to - czy to wygląda tak, jak widzę, czy może źle szukam, a jeśli tak, to gdzie mam szukać tego dobrego hip-hopu?". No i jako te polecane domeny padły hasła "t-mobile music", "popkiller", "hiphopsite" jeśli chodzi o USA, a także... blogi muzyczne, których twórcy często mają większą wiedzę muzyczną, niż dziennikarze. Zatem panowie koledzy blogerzy, może to i nic nie znaczy, o niczym nie świadczy, a może jednak wręcz przeciwnie - ciąży na Was odpowiedzialność. Zatem nie zaniedbujcie swoich dzieci, piszcie, a może dołożycie swoją cegiełkę do uświadomienia nieuświadomionym, jakie jest właściwe miejsce tej muzyki w naszym kraju. I tym optymistycznym akcentem opuszczam już Warszawę. Big up.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Kruku odwiedza Warszawę cz.1: WBW


"Setki godzin w pociągach gapiąc się w szybę..." No tak, moje ewentualne obawy o to, że idąc na studia siłą rzeczy kontakty z najbliższymi ludźmi z czasów licealnych będą systematycznie zanikały, a w końcu ostatecznie zostaną zerwane, okazały się na szczęście zupełnie błędne. A wręcz przeciwnie - rozjazdy w swoje strony, potem spotkania na święta w rodzinnym mieście oraz wzajemne odwiedziny w trakcie studiów tylko umacniają przyjaźnie zawarte jeszcze na ojczystej ziemi.

Inna refleksja: pisałem jakoś niedawno, że 'bez nich gorzej'. A pierdolić cały ten sentyment, tyle wam powiem. Bycie singlem jest spoko. Kiedy sam jeden zawijasz na imprezę do klubu trzy "szmule" (wiem wiem, Soboty się nasłuchał burak) i masz je dla siebie na całą noc, aż do zamknięcia lokalu, zapominasz o smutach momentalnie. Kiedy indziej z kolei zaprasza Cię dobra przyjaciółka do stolicy na WBW i jadąc pkp już wiesz, że to będzie mega weekend. Kiedy nagle staje się faktem, że już nie będziesz miał do kogo wracać pocieszasz się, że teraz odpoczniesz od związków. Jest lepiej. Odpoczniesz, a nawet beztrosko się zabawisz. I jak tu nie kochać studiów?

Okej, na razie starczy tych rozkmin i zgrywania "smutnego Leszka" (btw, spoko ta płyta Jeżozwierza). Idąc na WBW można było się poważnie zastanawiać, czy aby na pewno idzie się na dobre widowisko. Nie jest bowiem tajemnicą, że poziom krajowego freestyle'u ostatnio poleciał w dół. No ale finał to finał, największa bitwa w Polsce to w końcu jest. W tamtym roku rzekomo walka finałowa i wszystkie poprzednie nie powaliły na kolana, mimo że o pas walczyli Sosen i Theodor, o których wiem, że są dobrzy. Powiem tak: osobowości scenicznych choćby PRÓBUJĄCYCH zbliżyć się do takich, jak Tetris, czy Duże Pe póki co nie ma. Na wspomnienie zasługuje na pewno zdobywca pasa WBW 2011 Kopek, w którym chyba nie tylko my, ale i cała publika dojrzała zwycięzcę już podczas jego pierwszej walki ćwierćfinałowej. Spokojny, a zarazem pewnie stojący na scenie trzymał zdecydowanie najrówniejszą formę przez cały turniej. Jeśli mówimy o osobowościach, to na pewno trzeba powiedzieć o jeszcze jednym uczestniku:


Powiem szczerze - walk eliminacyjnych nie oglądałem i przed finałami nie miałem zielonego pojęcia, kto jest dobry a kto nie, kto może być faworytem i ogólnie co sobą reprezentują i KIM SĄ wszyscy uczestnicy. Tymin - to jedna jedyna ksywka, która mi cokolwiek mówiła. Poszedłem do Harlemu praktycznie z marszu, nie wiedząc nic wcześniej, a pragnąc się po prostu dowiedzieć, kto jest na chwilę obecną najlepszy w te klocki. Kiedy zapytałem Wujka (walczącego pod ksywką Osama Bin Zło) "o co chodzi, dlaczego, po co?", odpowiedział mi, że i dla zabawy, i też żeby coś samemu sobie udowodnić. Od razu sobie przypomniałem bitwę płocką, za którą nie zbierał raczej pozytywnych opinii, ale muszę przyznać, że jego występ w tegorocznym finale bitwy warszawskiej był... co ja gadam, MUSIAŁ BYĆ pozytywny. Dla publiki to było na zasadzie "show" - wychodzi na scenę postać znana każdemu, zasłużona zarówno dla freestyle'u, jak i dla polskiego hip-hopu w ogóle i battle'uje się z młodymi, zupełnie nowymi kotami. Koledzy WSZa zasiadający w jury - Diox, Jakuza, Procent i Puoć, nie pozwolili mu co prawda wyjść z grupy, ale przy jego szalonej nawijce publiczność bawiła się świetnie i trudno się dziwić. Ciekawe urozmaicenie, fajny smaczek, a sam Osama, tak jak bezkompromisowy i momentami agresywny na scenie, tak uśmiechnięty i sympatyczny poza nią.

Harlem podobno leci na łeb na szyję. Zadłużenie, coraz mniejsza frekwencja i chodzą słuchy, że niedługo ma być zamknięty. Ludzie schodzili się powoli, na walkę finałową było trochę ludzi, a tłok przy szatni to jest jakaś masakra. W dodatku umieszczonej blisko kibli, tak że ilość przewijających się osób na przestrzeni dwóch metrów kwadratowych jest podwójnie większa, ile normalnie da radę pomieścić. Summa summarum impreza była udana. Po kilku pierwszych walkach co prawda troszkę zawiało nudą, ale dobrych panczy nie brakowało, sam finał był zadowalający (rozstrzygnięty po dogrywce) i ja na poziom narzekał nie będę. Opinie są różne, jedni są mocno rozczarowani i stara śpiewka że "kiedyś było lepiej i WBW skończyło się na kill'em all", inni twierdzą z kolei, że turniej podnosi się z dołka. Nie wiem czy podnosi się z dołka, ale faktem jest, że osobiście podziwiam każdego, kto potrafi jechać na wolnym. Co prawda nikt nie spowodował zetknięcia się szczęki z podłożem, lub chociaż gromkiego "whoa" (no, może w przypadku Kopka było takie: "mhmm"), ale na tą PRZYSŁOWIOWĄ czwóreczkę event ten na pewno zasłużył.

PS. Niedługo część druga - o niedzielnej konferencji w PKiN na temat kondycji polskiego hip-hopu.

piątek, 25 listopada 2011

Paluch - Syntetyczna Mafia


Tak, jak kiedyś w najmniejszym nawet stopniu nie trawiłem Palucha, tak teraz jarałem się niesamowicie na "Syntetyczną Mafię". Mocarne single zwiastowały elektroniczną rewolucję w postrzeganiu warstwy muzycznej mainstreamowych produkcji, a i sam raper bezustannie czyni progres pisząc coraz to lepsze linijki. Jednak też tak, jak pod wpływem chwilowego jaranka Shellerinim (choć "Gawrosz" płytą niezłą jest) oczekiwania okazały się wygórowane, tak przy czwartym solowym albumie Łukasza Paluszaka drobne wątpliwości tuż przed premierą również mogły wystąpić. Przyjrzyjmy się zatem najnowszemu, poczynionemu na spółkę z producentem Julasem, dokonaniu członka Aifamu, B.O.R., Diil Gang i pewnie czegoś tam jeszcze.

Tak jak wspomniałem wyżej, nie ulega wątpliwości, że poznaniak cały czas stara się konsekwentnie iść do przodu. "Bezgranicznie Oddany" pod względem tekstów był albumem, powiedziałbym, solidnym, z momentami wzniesień w postaci storytellingu o Oli, Grzechu i Sławku i kilku kozackich wersów, jak np... w "Antykozaku". Tutaj jest tego więcej. Raper nie chce nas przesadnie zanudzać ulicznictwem, nie boi się szukać ciekawych porównań i często trafia w dychę jak np. "jesteś narzędziem w ich rękach, bo jesteś kurwa młotkiem", czy "kiedyś byliśmy jak szlugi z jednej paczki". Przy tym da się odnaleźć kilka, że tak powiem, ekstremalnych, czy nawet "ekskrementalnych" metafor - "z owrzodzonej duszy wymioty lecą na kartkę", "moje wersy to spirytus rozcieńczony przez bity, (...) bez popity, ty od przekazu najebany", co zapewne nie każdemu przypadnie do gustu. Nie mogło zabraknąć też oczywiście kolejnego hardkorowego storytellingu - w "Ukrytym" autor poszedł jeszcze o krok dalej niż na poprzedniej solówce i myślę, że tej historii o Wojtku, Tomku i Leszku spokojnie pozazdrościłby mu sam Słoń. Poza chorą wyobraźnią, której pewnie Paluszak uszczknął trochę autorowi "Demonologii' podczas wspólnej trasy koncertowej, pokazuje on przede wszystkim zdrowe podejście do życia. Życia, w którym co prawda dookoła nie brakuje brudu, syfu i tak dalej, ale mimo tego pokazuje, że ulicznik może mieć poukładane w głowie. Paluch to gość o bardzo twardych zasadach, jest bezkompromisowy w walce z zatracaniem wartości, zakłamaniem, i chociaż może to teraz brzmieć tak, jakby to były głupoty rzucane na pierwszej lepszej ulicznej płycie spod szyldu THS czy RPK, to w jego przypadku brzmi to po prostu autentycznie, tak jak powinno to brzmieć z ust doświadczonego, mającego już własną rodzinę faceta. Notabene rozprawia się tu też z fałszem spotykanym u przedstawicieli tegoż subgatunku rapu (acz co do prztyczków w nos dla Tedego, Fokusa i Mesa można się spierać, choć na pewno należą mu się propsy za nazwanie rzeczy po imieniu), a wszelkie zarzuty są konkretne, a nie tak jak na większości rap-produkcji rzucane gdzieś w kosmos. Słowem - Paluch to światopoglądowy ultrakonserwatysta, który przy tym jednak jest... ultranowatorski w kwestii muzycznej.

To za sprawą Julasa hejty przypisały poznaniakowi łatkę "techno". Zaczęło się rzecz jasna od "Nowego Trueschoolu" z poprzedniego albumu (na uwagę zasługuje także "Red Bull", nie mniejsza bomba koncertowa). Po trzech singlach (zwłaszcza "Psychofanie") spodziewać by się mogło wyjątkowo intensywnej, niespotykanej do tej pory w naszym rapie elektroniki, co postulował przecież sam tytuł albumu. Powiem szczerze - nie ma tu tego aż tyle, a wręcz jest tego zbyt mało. Julas zrobił taką syntetyczną mafię, że sam się przestraszył łatki "technojeba" (przepraszam za brutalne wyrażenie) i naprędce wymieszał swoje jazdy z najbardziej standardowymi, jak tylko można, klawiszami, wtrącając tylko czasami jakąś gitarę czy wahwah. Przy czym nie zawsze potrafił dobrze pociągnąć całkiem fajne pomysły. Można wymieniać: kompletnie pozbawiony polotu "Nie mam miejsca", przekombinowany refren w "Nasz Głos", jeszcze gorszy w "Wiarygodności" (na szczęście to jedyna taka 'melodyjka' na cały krążek), prostolinijny "Podaj tlen", czy bezbarwne "Czuję zmęczenie". To, na co miałem największą chrapkę odrobinkę zawiodło, gdyż Julas, w przeciwieństwie do Palucha, bał się postawić tego kroku dalej, albo chociaż utrzymać to, co pokazywał w tamtym roku w "Nowym Trueschoolu" i "Red Bullu". Pokazuje to doskonale w "Psychofanie" oraz niesamowitym "Nic nie musisz", a cały album powinien był być przynajmniej na poziomie "SSM", "Na Otarcie Łez", czy "Gdybyś zwątpił w nas", zaś jeśli już byłaby potrzeba na chwilę oddechu i jakieś miłe pianinka, to niech by to były takie właśnie, jak na "Zostawić coś po sobie". Poznański producent zamiast przyzwyczaić "Syntetyczną Mafią" słuchaczy do swoich bitów, sprawia wrażenie wciąż nieoszlifowanego diamentu i w porównaniu do potrafiącego w pięć minut zrobić miażdżący benger Matheo wypada jako mozolnie pracujący rzemieślnik, któremu czasami, w przypływie weny uda się zaszaleć takim "Nic nie musisz". Gdyby nie ten brak pewności siebie, może już dziś nikt nie nazywałby takich wtyczek "śmiesznymi", a on sam, jako mainstreamowy bitmejker wyniósłby się z poziomu krajowego na międzynarodowy?

Jeśli były wątpliwości o bity, to o rap raczej takowych nie było. No może co najwyżej o to, czy nam ten chropowaty, pewnie trzymający się bitu wokal troszkę nie obrzydnie. Naliczyłem bowiem aż dwanaście (!) tegorocznych występów gościnnych Łukasza. Ten postąpił bardzo słusznie robiąc selekcję w "odwdzięczaniu" się za zaproszenia i spośród tych wszystkich, u których w tym roku gościł, zdecydował się na... trzech najlepszych. Peja, Miuosh i Kali. Rysiu normalnie, na swoim poziomie, za to dwaj kolejni pojechali absolutnie po mistrzowsku. Zwrotki swoje dali również dwaj białostoczanie: Lukasyno (całkiem spoko) z NON Koneksji i najmocniejszy reprezentant Fabuły Bezczel, który niestety upewnił mnie, że nie umie przyspieszać ("Hau Hai" na bekowo wypadła rewelacyjnie). No jest oczywiście Słoń, który, cytując (i hiperbolizując), swoją zwrotką cały album na raz wciągnął setką, Junior Stress zaś (oczywiście w kawałku z Miuoshem), jako jedyny śpiewający, trochę mnie zawiódł.

Słowem zakończenia - mimo że trochę ponarzekałem na brzmienie "Syntetycznej Mafii", to nie oznacza to wcale, że te bity są złe, a płyta jest jakaś do dupy i nie da się jej słuchać, zwłaszcza że poziom ogólny krążka zawyża znacznie jego warstwa liryczna. Dlatego też wszystko się ładnie wyrównuje i z czystym sumieniem stawiam mu ocenę dobrą, z nadzieją na jeszcze lepsze rzeczy od tej dwójki - zarówno wspólnie, jak i oddzielnie.

Ocena: 4/6

poniedziałek, 21 listopada 2011

Buka - Pokój 003


Zawsze myślałem, że takich oryginałów robią tylko na Śląsku. A tu proszę - kolejny po Skorupie nabytek Rahima w MaxFloRec pochodzi skąd? Ano z Trójmiasta. Buka, bo o nim mowa, po kilku projektach wypuszczonych w podziemiu, czy to solo, czy to pod szyldem Sumy Styli, debiutuje na legalu. I nawet wpadł na chwilę na OLIS, a ściślej, na dwa tygodnie, co jak na debiutanta jest całkiem niezłym wynikiem. Czy wynik ten jest zasłużony? Cóż, o tym poniżej.

Buka wybrał idealny moment na swoje pierwsze oficjalne wydawnictwo. W porównaniu do wcześniejszych nagrań wykrystalizował już swój styl, ta jego maniera zaciągania sylab już nie jest tak drażniąca, a stała się po prostu znakiem rozpoznawczym artysty. Wcześniej przypominał Magika, teraz podobno bliżej mu do Eminema - cóż, jak czerpać inspiracje, to od najlepszych. Nie no, tak na poważnie, to styl Buki jest... specyficzny. Ale to zajebiście. Podobnie jak jego teksty. Szalone. Czasami przejaskrawione, czasami, mogłoby się wydawać, na siłę, może plecione trzy po trzy, ale szczerze powiedziawszy - trudno mi znaleźć obecnie coś oryginalniejszego na krajowym rynku. Naprawdę, słuchając jego tekstów można się zastanawiać i zastanawiać - co ten gość ma w głowie? Stylistycznie na pewno bardzo pasuje do profilu MaxFlo i ogólnie śląskiej sceny. Jeśli chodzi o technikę - jest mistrzem. Z dziecinną łatwością składa dość skomplikowane linijki i z jeszcze większą wypluwa je na bity.

Pod względem tematyki płyty jest różnorodnie, czyli dokładnie tak, jak możemy sobie przeczytać w notce prasowej o albumie. Mamy tu całą masę najskrajniejszych emocji, których genezę może znać w pełni tylko i wyłącznie sam autor. Otóż mamy tu postawę życiowego outsidera i alienację w "Walkmanie" (drugi po pierwszym singlu najjaśniejszy punkt) i "Wyjebane", bragga w "Sprawdź środkowy" i "Achtung", trochę "beki" w "Super ziomie" (rewelacyjna zwrotka Skorupa - dlaczego nie trzaskał takich na "Etosie Kowboja"?), schulzowe wyolbrzymienia (czy tylko ja to widzę?) w "Pierwszej miłości", nawiązania do klimatu "De Integro" w "Niepodległości" ze Skorem i Matim oraz przede wszystkim przewijający się przez cały album motyw szpitala psychiatrycznego i ogólnie pojmowanej szajby. Tak, Buka jest pierdolnięty. Ale umie to fajnie przełożyć na kartki. Cóż z tego, że czasami zdarzy się jakieś niefortunne porównanie, czy też opowie nam o schizach niezrozumiałych chyba nawet dla niego samego ("Pokój 003"). To jest właśnie w nim wyjątkowe. A czy do każdego trafi? Oczywiście że nie, ale to już osobna kwestia, aczkolwiek tak buntownicza i przy tym tak odjechana osobowość artysty powinna już wkrótce zdobyć jeszcze większe grono wielbicieli, których bądź co bądź zdążył on już sobie zgromadzić jeszcze przed wejściem pod skrzydła Sebastiana Salberta.

Przyznam szczerze, że po genialnym singlu spodziewałem się więcej, jeśli chodzi o warstwę muzyczną krążka. Odpowiada za nią niejaki Greg - producent z Poznania, tworzący niegdyś duet producencki Miliony Decybeli (aha, jest już jeden "Ileśtam Decybeli" - chcemy beef na bity!) i dziś podpisujący się tą nazwą jako samodzielny twórca. Nie powiem, dobre są te jego podkłady, zrobiły z "Pokoju 003" spójny krążek, ale jak na debiut Buki spodziewałem się czegoś więcej. W czym rzecz? Do bólu oklepane patenty z tymi jednakowo brzmiącymi skrzypcami i klawiszami, przez które utwory stają się bliźniaczo do siebie podobne (przy czym zajebiste, groteskowe dęciaki z "Pierwszej Miłości" zauważyłem ponownie dopiero w "37"). Mieliśmy z tym do czynienia już na Sumie Styli, choć co prawda tutaj jest o wiele lepiej - pierwsze cztery-pięć utworów ma niesamowity power, który z czasem jednak troszkę opada i monotonizuje. Tym niemniej, poniżej pewnego poziomu Greg na szczęście nie schodzi i to się liczy.

Podsumowując, mimo że Buka już mniej więcej ukształtował się jako raper, to i tak jeszcze wiele przed nim. Bez wątpienia ma potencjał, by nagrywać jeszcze lepsze albumy. Niech tylko trochę urozmaici sobie bity, jakie na nie sobie dobiera, no i oczywiście coś tam jeszcze doszlifuje warsztatowo, a będzie dobrze. W sumie to już jest.

Ocena: 4/6

piątek, 18 listopada 2011

Sokół i Marysia Starosta w Gdyni - krótka relacja

Na długi weekend z okazji święta niepodległości miałem okazję odwiedzić ziomków w Trójmieście. Praktycznie zawsze tego typu odwiedzinom gdzieś w Polsce towarzyszy wypad na jakieś porządne koncerciwo. Po Sopocie i Gdańsku przyszedł czas na Gdynię, gdzie tamtejszy klub Ucho był jednym z przystanków na trasie promującej album "Czysta Brudna Prawda" duetu Sokół-Marysia Starosta.

Organizatorzy postarali się, bowiem prócz atrakcyjnej niezwykle gwiazdy wieczoru zakołowali również zacne supporty. Mielzky'ego niestety nie udało mi się zobaczyć, a chciałem bardzo. Ze względu na obowiązkową "zaprawę" przedkoncertową i zamulenie w związku z ruszeniem dupy, gdyż jakoś tak wyszło, że się trochę późno zebraliśmy, no a z Gdańska (gdzie mieliśmy melinę) do Gdyni trochę daleko, zdążyliśmy akurat na Bonsona. Gdy przybyliśmy, ze sceny właśnie schodziła... ekipa Dwa Zera. W zasadzie to nie wiem, dlaczego nie zostali oni wpisani na listę supportów, jako ziomki Sokoła ze stajni Prosto, w dodatku przecież event zorganizowany w ich rodzinnym Trójmieście. Nie wiem na jak długo się wbili na scenę, ale chyba nie za długo. Dokładnie o 22:40 (o czym mnie wcześniej poinformował sam zainteresowany, HE HE) wbił się Bonzo, wraz z Matkiem jako DJem i szczecińskim Projektem Nasłuch jako wsparciem scenicznym. Repertuar? Prawie całe LP plus "Kilka Rzeczy" i jeden, może dwa numery PN. Nie przypominam sobie żadnego utworu ze wcześniejszych epek, a szkoda, bo tam ma również kilka niezłych propozycji na zaprezentowanie na żywo. Ogólnie ameryki pewnie nie odkryję stwierdzeniem, że "Historia Po Pewnej Historii" nie jest jakimś super koncertowym materiałem, ale jeśli chodzi o formę sceniczną Bonsona, to dał radę. Pod koniec rozgrywania repertuaru widać było u niego zmęczenie, ale dał radę dociągnąć - koncertowe flow na dobrym poziomie, nie licząc kilku wpadek tekstowych, no ale nie ma co analizować dogłębnie bez sensu. Kontakt z publiką - powiedziałbym, przyzwoity. Sporo ogarniętych fanów pod sceną, dużo zbitych piątek i choć może nie było takiego hałasu, jak potem na Sokole, to akcje typu: wszyscy przybijają piątki ze swoimi ludźmi podczas numeru "Moi Ludzie", czy hałas dla wszystkich mam przy "O mnie się nie martw" świadczą, że Damian ma potencjał. Gdyby nie nieustające problemy z nagłośnieniem i wpadki przy puszczaniu muzyki (tutaj nie wiem, czy Matek jest odpowiednią osobą do ogarniania deków, dobrze by było chyba zaopatrzyć się na koncerty w jakiegoś DJa, bo jednak zmiksowana setlista robi różnicę, aniżeli zwykłe puszczanie instrumentali z laptopa), byłoby jeszcze lepiej. Chyba chłopaki podeszli do tego po prostu trochę na spontana (Orzeu średnio znał teksty), ale zważywszy na fakt, że jak się dowiedziałem od samego Bonsona, którego potem spotkałem gdzieś na terenie klubu, to był jego pierwszy koncert z tym materiałem, wyszło w sumie spoko. Jak sam mu powiedziałem, pierwsze koty za płoty, potem będzie tylko lepiej.


Na gwiazdy wieczoru trzeba było trochę poczekać, bo "pół godziny rozplątywali kable". Sokół był mocno wkurwiony, na ustawienia odsłuchów też trochę czasu poszło, no ale po mozolnych próbach szlifu (największa bolączka hip-hopowych koncertów) w końcu udało się wszystko git ustawić. Sokół, Marysia, Hades oraz DJ Deszczu Strugi i DJ Kebs dali ognia rozpoczynając performens "Sztruksem", którego refren publika wraz z Marysią śpiewała na całe gardło. Właśnie, podstawowa kwestia - byłem mega ciekawy, jak ta delikatna, wrażliwa Marysia odnajdzie się w, bądź co bądź, hardkorowym, podziemnym klimacie klubowych scen rapowych imprez. Wyglądało to naprawdę dobrze. Na swoje kwestie wychodziła na sam środek sceny jak najbliżej ludzi, czasami hype'owała narzeczonego (no przyznam, to trochę dziwnie wychodzi), publika zaś za każdym razem maksymalnie pomagała wokalistce śpiewać refreny, choć szkoda, że po kilku kawałkach została do tego niejako zmuszona. Nie wiem, czy tego dnia każdemu artyście doskwierało jakieś fatum - Marysia bowiem zaczęła w pewnym momencie tracić głos. Nie wiadomo było, czy to przez chorobę, czy przez papierosa, po którego sięga z rana - w każdym razie setka wódki chyba pomogła. Wracając do repertuaru - po Sztruksie były obowiązkowe pozycje koncertowe ze starego WWO (praktycznie z każdej płyty - "Promienie", "Sen", "Tak to wygląda", oczywiście "Jeszcze będzie czas" na pożegnanie), nie mogło zabraknąć też "Każdy Ponad Każdym", który potem pięknie przeszedł w kontynuację, czyli sławnego już "Mirka", oczywiście spora większość tracklisty CBP, a także... parę utworów ze świeżutkiej jeszcze "Nowe Dobro To Zło" jeżdżącego z ekipą jako hypeman Hadesa. Szczerze mówiąc wnioskując z filmików spodziewałem się, że Wojtek jest na scenie nieco sztywny i anemiczny, ale to po prostu jest jego styl. Wszystko robi jego charyzma, kontakt z publiką i doskonały rap. Nie każdy musi skakać po scenie jak pojebany, by był dobry koncert.


No a potem co, jakiś "skromny" afterek i następnie całe dwa dni patologii, niemal bez żadnych przerw. Tego jednak tym razem wam oszczędzę, gdyż nie jestem dobry w przekazywaniu humoru sytuacyjnego, deprawowaniu czytelników itp. Jeśli jednak mocno pragniecie tego typu historii, to odsyłam do naszego naczelnego blogowego pijaka-Nowaka (pozdro :P). A co następne w kolejce? Najprawdopodobniej stolica i finały WBW, zatem elo elo i do następnej relacji.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Łona i Webber - Cztery i Pół (trzygroszówka)


Formuła 'trzygroszówki' została zatracona w niekrótkim czasie od wymyślenia jej. Miało to być kilka konkretnych słów na temat danej płytki plus odesłanie do dłuższej recki, z którą się zgadzam, co by się przede wszystkim nie powtarzać i nie silić się na kolejny przydługi esej bez sensu, bo i tak jest tu tego dużo. Później zaś przez moje lenistwo było to głupie wklejanie linku do innych blogów i ocena. Teraz wracamy zatem do pierwotnej formy.

Polski rap rządzi na OLIS, to nie ulega wątpliwości. Kiedy miejsce ma premiera albumu któregoś ze znaczących graczy na scenie, to debiutuje na tej liście wysoko, a nawet trzyma się potem kilka, a czasami kilkanaście tygodni. To znaczy, wiedziałem już od dawna, że jest dobrze, ale przypadki Palucha i Buki (ich recki wkrótce), przyznam, zaskoczyły mnie, że jest AŻ TAK dobrze pod względem kupowania rap-płyt w naszym kraju. Tym bardziej dziwić może z kolei porażka produktów ze stajni Step Records - Fabuły i Młodziaka, ale przy tym też powstaje pytanie, na ile jest to zasługa preorder.pl (choć przecież wielu innych artystów również nastawiło się mocno na sprzedaż wysyłkową, np. Mes, a potem i tak osiągały całkiem dobre wyniki). Łonson z Łebsztykiem zadebiutowali na liście na trzecim miejscu i jak dotychczas świetnie się trzymają - najprawdopodobniej leci już siódmy tydzień. Czy faktycznie jest na co wydawać kasę? Naprawdę, bardzo chciałem dać "Cztery i Pół"... ocenę cztery i pół, bo to by było przecież takie zabawne, jakaż adekwatna recenzja by wyszła, gra słów i wogle. Ale nie. Nie dałem rady. Za dobra ta płyta jest. Potem chciałem dać jej chociaż z minusem, bo w końcu nie ma tu tyle tego dowcipu, ile było na poprzednich płytach i ile się człowiek spodziewał po drugim singlu (klasyk z miejsca) - czyli wiadomo, to nie ten sam Łona co kiedyś, to nie ten sam Tet co kiedyś, a Wena skończył sie na kill'em all. Webber też to nie to, co na "Nic Dziwnego", więc słabe. No niestety, ale nie na tyle słabe, żeby nie było dobre. A nawet bardzo dobre. Kropka. A jak za mało konkretnie, to proszę, North.

Ocena: 5/6


PS. Sorry bardzo za składnię, piszę świeżo po długim weekendzie, sami rozumiecie. A relacja z koncertu Sokoła i Marysi i Bonsona zapewne lada moment.

wtorek, 8 listopada 2011

Pablo Hudini - Ydżak


Kserowanie to temat rzeka w polskim hip-hopie. Może zacznijmy od początku - a jeżeli od początku to oczywiście, od Liroya. Tak, już pierwszy raper RP kserował na ostro. Cypress Hill, Funkdoobiest, Beastie Boys, różne takie. Peja przecież też chciał być gangsterem jak Eazy-E. Wiadomo, polski hip-hop to w ogóle chujowy jest, bo to ksero rapu zza oceanu. Problem ten po raz pierwszy zdiagnozowali chłopaki z Molesty na "Skandalu", jednak nagrywając "Xeroboja" nie zdawali sobie sprawy tak na serio, jakiego rozmiaru osiągać będzie to zjawisko. Jakiś czas później nastała bowiem moda na hip-hop, pojawiło się mnóóóstwo raperów, a każdy kserował każdego, co tym razem trafnie przedstawił Łona na debiutanckim albumie "Koniec Żartów". Później to już tylko jak po rozwiązaniu wielkiego worka, wręcz jak po awarii kserokopiarki. Tede zaczął naśladować Jaya-Z, powstał zespół 2cztery7, który bezczelnie zaczął robić g-funk, którego miejsce jest przecież tylko i wyłącznie w Kalifornii, pojawił się Słoń a.k.a ksero Necro równie bezczelnie uprawiający horrorcore, a sięgając po najnowsze, takie najnowsiejsze trendy, Jędker Realista kserujący gwiazdy pokroju Pitbulla i Dizzee Rascala próbujący podbić eurodance'owymi klimatami całą Polskę - ponoć wraz z Redem zagrali ponad sto koncertów, więc w pewnym sensie ją podbili. No ale to mówimy o przenoszeniu pewnych klimatów z zagranicy na nasze podwórko - gorzej jest natomiast, kiedy uosobieniem jednego rapera staje się drugi... z tego samego kraju. Mówiło się o Dioxie jako kalce Pezeta, że Medium podobny do Zeusa, a ostatnio Flintstone odnalazł zaginionego trzeciego Kaplińskiego, chowającego się pod ksywą Bonson, a niegdyś Bonus. Piętnastu mc's chwyta za mikrofony. Wypada tylko postawić pytanie: gdzie zatem kończy się inspiracja, a zaczyna kopiowanie? Otóż znalazłem na to świetny, najświeższy przykład. Nowy nabytek wytwórni Asfalt Records - Pablo Hudini.

Tenże nowy nabytek to tak naprawdę hypeman Fisza, który postanowił nagrać sobie płytę. W tym roku mieliśmy już jeden taki przypadek (Gandziora nie wliczam), z tym że Joteste zrobił to całkiem fajnie - komu się nie spodobał "Zeus, jak mogłeś?" i zatęsknił za tym funkowym Zeusem, bez obaw może sięgnąć po "Ulice w Ogniu". Hudini zaś (ej, ksywa też jakaś znajoma, jest już jeden Chudini) po prostu pożyczył sobie od młodego Waglewskiego jego styl - cóż, kiedy się przebywa z gościem tak często, jeździ się z nim na koncerty, może była to po prostu wypadkowa zdarzeń. Pablo nie mógł już z tym nic zrobić, nauczył się rapować po fiszowatemu i koniec. Czy to może być usprawiedliwienie? Hmmm, no sorry ziom, ale chyba raczej na pewno NIE. Artysta musi dać na płycie dużo od siebie, to ma być JEGO dzieło, ma być jedyny sam w sobie. Nie mówię, że ma od razu być jakiś super oryginalny, ale ma być sobą, to ma być swoja rzecz, to ma się kojarzyć nim jako NIM, a nie kimś innym. Tak jak w kinowej wersji Jeża Jerzego (niestety rozczarowanie tak btw), klon jest zawsze dużo gorszy od oryginału, choć z pozoru jest taki sam. Z pozoru. Jeśli posłuchamy tekstów, będzie wiadomo już o co chodzi. Brak Hudiniemu talentu Fisza - wyczucia, wrażliwości, zmysłu dobrego tekściarza. Rymy są momentami poskładane w tak oczywisty, banalny sposób, że aż kłuje w uszy, o Jezus. Naciągane, mało wyszukane wielokrotne nie czynią wielokrotnych... wielokrotnymi. No na pewno nie czyni to z nich zalety. W zasadzie podczas słuchania "Ydżaka" może i udałoby nam się nawet zapomnieć, że jeden Fisz już istnieje, gdyby nie właśnie te fatalne rymy, przez co też album nie sprawdza się nawet jako... rzecz alternatywna. No chyba że przez bity.

Bity autorstwa muzyków z Tworzywa Sztucznego "próbują" zrobić z "Ydżaka" rzecz alternatywną, ale sam raper nie pozwala na to niestety. Choć nie powiedziane wcale, że nie ma tu czego słuchać. "Od A do Z", czy "Pablo Hudini leci w kosmos" to jaśniejsze gwiazdki tegoż "odlotu", z jakim mamy do czynienia, nie czyniące jednak go jakimś super przeżyciem, a żeby daleko nie szukać porównania, ostatnie przypadki boeninga czy tupol... Nie nie, Tetris ostatnio poleciał, nawet do przyszłości dotarł i teraz gwałci twoją córkę. Ale to może jutro o tym opowiem, teraz idź spać, bo jutro do szkoły.

Słowem? Wyrób fiszopodobny. Przypomina to to oryginał, sprawdzić można, ale z drugiej strony: po co?

Ocena: 3-/6

wtorek, 1 listopada 2011

B.O.K - W Stronę Zmiany


Dziwny mam ten gust. Na pewno inny niż Flintstone, bo podoba mi się to, co on jedzie i odwrotnie. W zasadzie z jego najnowszą recenzją nowego BOKu zgodziłbym się z jedną kwestią - że tak się nie debiutuje. Rzeczywiście, jak na swoje możliwości chłopaki mogli roznieść scenę w pył, a tego nie zrobili. Ech, skąd my to znamy? To chyba jest jakieś jebane fatum, że królowie podziemia, których wszyscy swego czasu wynosili na piedestał i stawiali wyżej ponad 'chujowy' mainstream, decydując się na wejście na główną scenę nagle tracą swoją wielkość, a z pierwszym legalem tylko wpasowują się w poziom sceny, nie zaniżając go ani nie zawyżając. Tak było z Tetem, tak było z Wudoe, tak chyba też będzie z Biszem.

Nie oznacza to, że "W Stronę Zmiany" jest jakimś rozczarowaniem, jak to diabolicznie Flint próbował nam przekazać. Postaram się przedstawić to obrazowo, w formie dialogu negacji: jeżeli twierdzisz, że raper X ma zajebiste flow, to przesłuchaj sobie którykolwiek z licznych projektów Bisza, a potem dopiero snuj fachowe opinie. Okej? Dalej: jeżeli twierdzisz, że raper X ma świetne, inteligentne teksty, nooo to chyba stary Bisza nie słyszałeś. Że niby Gural, czy VNM robią najlepsze bragga w Polsce? A Bisza słuchałeś? No właśnie. Że niby Trzeci Wymiar ma najlepszą technikę? Sprawdź Bisza najpierw, a potem udawaj znawcę może, co? Ej ej, chyba przesadzasz ziomuś, próbujemy dalej - królem storytellingów w PL jest... yyy, eee, Sokół? No dobra, z tym może i się zgodzę, ale sprawdź Bisza. A najbezczelniejszy raper nad Wisłą? Solarbiałas? Nie, nie, nie. I tak możesz se wymieniać, a ja Ci na to odpowiem jedno. Nie dość że mega kocur, to jeszcze szaleńczo wszechstronny, a tak pokaźna tracklista debiutanckiego albumu (23!) chyba raczej pozwoliła mu to pokazać. Wszystko, Bisz to przyszłość rapu.

Producenta Biszu też ma wszechstronnego, co by go zadowolił i ładnie umożliwiał mu zrealizowanie się w tych wszystkich kierunkach. Naprawdę, bity są szalenie różnorodne, co nie znaczy, że płyta jest jakoś rażąco niespójna. Jeżeli jednak miałbym wskazać przestrzeń, w jakiej się Oer najlepiej czuje, to byłaby to na pewno ta bardziej refleksyjna... przestrzeń (daaaamn...): "Nie trać mnie", "Przystań", "Gdzie ty byłaś", czy "Kiedy opadnie kurz", choć i tak wszystko przebija rewelacyjne "Wszystko do nas wraca". W mocno gitarowych bengerach: "Daj to głośniej", czy "Chcecie więcej" również się gość sprawdza. Jak już wspomniałem utworów na płycie jest multum, więc każdy znajdzie coś dla siebie... i nie dla siebie. Na pewno nie jest to bowiem projekt bez słabszych momentów, ale jako że są 23 utwory (wspominałem o tym chyba, nie?), to zaraz po tych gorszych chwilach zawsze następują te lepsze. Jeszcze wypadałoby wspomnieć słówko o Kayu, (BOK to w końcu trio, jak sama nazwa wskazuje, no może nie wliczając DJa Paulo), który wokalnie udziela się tu dość mało, zaś bardziej wspomógł Oera instrumentalnie.

"Dróg jest sporo, lecz najlepsi wybierają te, których słabi się boją." Myślę, że ten cytat z pierwszego tracka trafnie opisuje tę płytę. Bisz z kolegami idzie drogą, a właściwie drogami nieco innymi niż... inni. No tak. Rap ciekawy, nieszablonowy, świeży. Witamy kolejnego kocura na scenie. I za to wszystko plusik do czwóreczki.

Ocena: 4+/6