piątek, 30 marca 2012

Siwy/Lewy "Serce bije w klatce schodowej EP" - przedpremierowa recenzja


Wszyscy znają tę grupę. Jak jej nie znasz, to jesteś lamus. Siwy/Lewy ruszają na podbój rapgry. Co ciekawe, napięcie wzmagane co raz przed wydaniem pełnoprawnego LP duetu sieje spustoszenie w całym rapowym świadku, mimo że nikt ze znaczących graczy (do czasu) głośno się do tego nie przyzna. No ale do czego tu się przyznawać po takim ciosie, jakim było "Prosto w Łeb"? Chyba tylko do porażki. Wróć - sromotnej klęski!

Siwy/Lewy to wydarzenie. To bodiczek w stronę zakłamanego, przesiąkniętego do szpiku hipokryzją środowiska rapowego i powrót do korzeni, do fundamentalnych zasad tworzenia rapu - to zwrócenie honoru i pierwotnego znaczenia słowu 'przekaz', które zostało zbezczeszczone i zatracone gdzieś w zalewie komercyjnego chłamu. W czasach, gdy prawdziwego przekazu masz jak na lekarstwo, a samo to słowo uległo deprecjacji i stało się podstawą do wyśmiewania hip-hopowców, którzy praktycznie sami z siebie zrobili własne karykatury, Siwy/Lewy to odtrutka. Odtrutka na chorobę, która zżera polski hip-hop tak jak ciebie, kiedy zajebiesz sobie porządnie po kablu krokodyla.

Chłopaki postawili jednak na dość nietypową promocję. Po sukcesywnym publikowaniu lirycksów na swoim fanpage'u oraz jednym singlu zobrazowanym teledyskiem otrzymujemy epkę, która jest... dziełem wyłącznie Lewego. Tłumaczę zatem lamusom: Siwy/Lewy to klasyczny duet MC/producent, w którym jednak producent sporadycznie udziela się także jako MC. "Serce bije w klatce schodowej" jest epką, na której wokalnie udziela się tylko i wyłącznie Lewy. Cóż, ich wybór, mnie pozostaje jedynie ocenić efekt finalny, a ten prezentuje się wyśmienicie. Lewy udowadnia, że jest nie tylko jedną z najciekawszych wschodzących gwiazd w dziedzinie beatmaking'u, ale także świetnie wygląda na majku. Epka składa się z sześciu utworów, w tym wspomniany wyżej "Prosto w łeb', czyli dosadny diss na kilku innych przedstawicieli sceny. Prócz tego mamy klasyk przed premierą, czyli "Wszystko do nas wraca" jako najlepszy pokaz liryki od czasu... "W Stronę Zmiany" kolektywu B.O.K. (moim zdaniem nawet lepszy od oryginału); mamy osiedlowy hymn "Raport Realia", przepełniony mocno naturalistycznymi, nierzadko turpistycznymi opisami szarej rzeczywistości życia w blokowiskach i pokazujący, że Siwy z Lewym są faktycznie, cytując Mesa, o wiele bliżej ludzi niż PiS (że wspomnę tylko cytat o kobiecie, która kupuje cały chleb, bo krojony jest droższy), czy też polski "Friend or Foe", czyli freestyle'owy bonus track - wszystkie te pozycje otrzymają z miejsca statusy klasyków, o czym jestem przekonany. Mamy także zabawę w death rap w "Horrorstepie' (jedyny instrumental na płycie, reszta bitów jest autorstwa Lewego), co może być kolejnym prztyczkiem w nos (czy też trąbę, hehe) Słonia, czy kolejny zadziorny, rozliczający oponenta track "Ruda Mendo".

Muzycznie Lewy prezentuje najwyższą półkę. Jego produkcje nie mają na celu odwracać uwagi od warstwy lirycznej, ale mają mieć surowe, prawdziwie hip-hopowe brzmienie, dobrą melodię i mają sprawiać, by numerów słuchało się przyjemnie i tak bez wątpienia jest. Moim osobistym faworytem jest podkład do freestyle'owego bonus tracka, który dosłownie wypierdala z butów, a porównanie do klasycznego numeru Jaya-Z jest tym bardziej uzasadnione. Wyróżnia się też syntetyczne szaleństwo Lewego w "Ruda Mendo", które nie każdemu może przypaść do gustu, choć powinno to otworzyć nieco głowy wszystkim niewiedzącym o co chodzi w rapie słuchaczom.

Cóż ja jeszcze mogę tu dodać? Powiew świeżości na naszym wiejącym chujem poletku, ujmując obrazowo. Prawdziwy przekaz, który przywraca wiarę w kondycję polskiej sceny. Ten rap po prostu "wchodzi pod skórę jak kleszcze"! Tak, na LP Siwego i Lewego czekają wszyscy, tak jak kiedyś wszystkie czarnuchy czekały na "Ready to Die". Musisz to sprawdzić.

Ocena: 6/6

środa, 21 marca 2012

Piąte urodziny Alkopoligamii - relacja


Wiem wiem, trochę zamulam. Wiele czynników składa się na ten stan. Po pierwsze - nauka (HE HE). No trzeba się czasami wziąć, a nie tylko siedzieć przed kompem jak wymóżdżeniec jakiś i naparzać w gierki na fejsie. Po drugie - zauważyliście zapewne, iż pod względem recek najnowszych rapsów generalnie panuje posucha. Kiedyś nie do pomyślenia, co? Nie, po prostu teraz słucham czego innego. Mianowicie - nadrabiam braki w rapie ze Stanów. To konieczne. Nie znaczy to, że odrzuciłem całkowicie słuchanie nowości z PL - wszystkie znaczące płyty, które ukazały się do tej pory mam na mp3, no i słucham ich sobie wożąc się po mieście. Pisać mi się o nich na razie nie chce. Przynajmniej nie tutaj. Za rok tradycyjnie jakieś podsumowanie trzaśniemy, więc bez obaw. Zatem w celu odmulenia blogaska, jakiś czas temu upiękniłem go nowym (tak jakby było jakieś stare...) logiem, które zrobił mój człowiek Niemiec, a w chwili obecnej próbuję sobie usilnie przypomnieć, jak to było na urodzinach Alkopoligamii. Piątych urodzinach.

Na imprezę pojechałem głównie ze względu na moją WDOWUNIĘ ♥. Ewentualnie na jakieś inne koncerty artystów z tej stajni (heh kurwa odkrycie), lecz akurat na króla Mesa jakoś tak w mniejszym stopniu. Będąc na jego koncercie dwukrotnie zdążyłem się już nauczyć na pamięć całej setlisty, a jakoś nie wszystkimi jej elementami jaram się tak super, mega i w opór. Skoro to urodziny całej wytwórni, to fajnie by było, jakby np. Łukasz Stasiak zagrał ze swej płyty coś więcej, niż 'Kombinator' i 'Ja chcę być vintage', czy choćby koncert dała Flow z Blow (ostatecznie nie było jej w ogóle, chyba z powodów zdrowotnych, choć głowy nie daję). No cóż, ale były inne atrakcje. A jakie?

No był Theodor, który oprócz popisów na wolnym zagrał parę studyjnych numerów, była Gosia... No i tu się zatrzymajmy. Wdowunia odegrała na szczęście pełnoprawny koncert, a nie jakiś tam support, choć ja oczywiście miałem chętkę na więcej i więcej. "Zapomniałem", "Iii, iii", "Planetarium" (WHOA!), "Cholera Tak", no wszystkie inne hity z "Superextry" były, a sama Gosia... Zresztą sami wiecie. Idźmy dalej. No był ten Mes. A, przed Mesem był premierowy pokaz klipu do "Detoksu". No i to było fajne. Szkoda, że było też tyle ludzi (ło jezu), iż nie wszyscy pod sceną mieli fizyczną możliwość go zobaczyć. 1500m2 to spory klub i pewnie lepszego Piotrek znaleźć w stolicy rady by nie dał, jednak niższe osoby miały problem. Ja sam w punkcie szczytowym koncertu musiałem stawać na palcach, co się rzadko zdarza... Tak, tłum ten był też ostro napierający, że przy uskutecznianych co jakiś czas wielkich naporach ludzi z tyłu zastanawiałem się, co mogą czuć osoby stojące z przodu, przygniatane niemiłosiernie do metalowych barierek. Skończyło się na tym, że posuwając się sukcesywnie do przodu (tak jak to ma się w zwyczaju robić) ostatecznie w pewnym momencie znaleźliśmy się... jeszcze dalej sceny niż byliśmy na samym początku. A to z przyczyn dyscyplinarnych, gdyż artyści sami zauważyli, że coś jest nie tak i kazali nam zrobić ze 3 kroki do tyłu, by ci co mieli najlepszy widok na scenę przy okazji też uszli z życiem i wrócili do domów w jednym kawałku.

Co jeszcze było... No był Doych na perkusji, była Jazzy (której prawie nie słyszałem), był zespół Lunatics na "Zegar Tyka" w samej końcówce występu. A koncert Mesa był... jak dla mnie sztucznie wydłużony. To, że normalny program koncertowy był grany dłużej z powodu jakichś tam pogadanek, czy np. miniseta DJa Hubsona złożonego z numerów Notoriousa (koncert odbywał się w dzień rocznicy jego śmierci) to jedno, ale potem jeszcze chłopaki zagrali parę numerów extra z repertuaru 2cztery7, czym jakoś nie jarałem się tak super-super. Już lepsze było dla mnie odegranie "Kandydatów na Szaleńców" z Theodorem, co nie za każdym razem ma miejsce ze względu na spokojniejszy klimat utworu. A te numery z 2cztery7 chłopaki grali jakby tak, "byle było dłużej", bo publika tego chce (czy ja wiem, czy tak super chciała...). Ogólnie jako wielbiciel i bywalec wszelakich festiwali i koncertów z bardziej złożonym line-upem, stwierdziłem, że to był chyba najbardziej wymęczający koncert na którym byłem. Nie wiem, może to początek procesu starzenia się, może duszna atmosfera i wielość osobników skupionych w jednym budynku, może to postępująca monotonia na scenie... Nie zrozumcie mnie źle, impreza była zacna, jednak człowiek, który to wszystko dzielnie wytrzymał (oczekiwanie pod sceną dużo wcześniej, o ile się oczywiście chciało zająć dobre miejsce z przodu, Theodor, Wdowa i ponad 2 godziny samego Mesa) i jeszcze potem pofatygował się by zbić pionę/zamienić słowo/podpisać płytę/cyknąć fotkę/napić się z Mesiwem, bankowo musi być jego psychofanem. My wymiękliśmy przed "Zegar Tyka", choć trochę szkoda, bo lubię ten numer. W zasadzie był to tylko taki jeden z bonusów po tej właściwej części koncertu, więc wychodzi na to, że dotrwaliśmy niemal do końca dzieła. No i fajnie. Łyknęliśmy tylko jakąś wodę/piwo, zajechaliśmy potem jeszcze trochę pokurwować na cheesburgery za 4 zeta (a kurczakburgery za 3,50, albo odwrotnie, już nie pamiętam) i grzeczna zawijka na chaciur.

W najbliższym czasie planuję wbitkę na Małpę, na ostatni z punktów mojego grafika imprez, który podawałem tam gdzieś niżej. Jak się okazuje, opcja ze świrowaniem dziennikarza na bibach wychodzi mi całkiem nieźle i wszystko to, co było w planach, udało się wykonać. Najbliższy miesiąc jednak zapowiada się tak grubo, że aż nie wiem, czy te koncerty oglądać mam ze sceny jak psychofan, czy z viproomu z boku sceny jako media, he he. Nie no, zapowiadają się kolejne fajne relacje i fajne zdjęcia... i chuj, że nikt tego nie czyta i nikogo to nie interesuje. Tym niemniej postaram się, żeby te wywiady były chociaż coraz ciekawsze. No i na blogu pojawi się czasem coś ciekawego, obiecuję. Także do następnego, brrrra!